kasiaiprzemo.com

...iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem - i tak - wiecznie - aż do końca!

nuchypampuchy

Posted by Kasia i Przemo On 12/03/2011 12:42:00 AM 2 comments

Pierwszy w historii naszego bloga miesiąc bezwpisowy Odszedł po cichutku. Pojawił się grudzień - cały szał przedbożonarodzeniowy już w pełni. A my trochę obok wszystkiego.
Listopad, a i nawet październik, spędzaliśmy na byciu ze sobą. Na cieszeniu się swoją obecnością. Na maratonach filmowych. Pewnego razu nawet przesadziliśmy i musieliśmy na jakiś czas odstawić filmy:).
    Na gotowaniu. W październiiku potrawą miesiąca była pizza, jedliśmy ją codziennie, bo była wyborna i szybka w przygotowaniu. Robiliśmy dwa kolejne podejścia do seitanu, którego efekt nas bardzo pozytywnie zaskoczył. Niemniej jednak brak dobrej marynaty sprawia go niejadalnym :D. Tak! To jest pierwsza w życiu rzecz, której Przemo nie był w stanie zjeść ;). Zrobiliśmy seitan w biedronkowej marynacie tajskiej. Wcześniej przemowa mama użyła trochę do swojego kuraka i jej bardzo smakowało, ale nie zwróciła uwagi na ten smak, który uniemożliwiał Przemowi jedzenie! Seitan wyszedł słodki!!! Jedliśmy sałatkę z ziemniaczkami i seitanem imitującym kolorystycznie mięso, który w smaku był jak cukier:).
    Na rozwijaniu swoich pasji - ja czasem jak w amoku dniami i nocami szyłam na maszynie. Zaczynając od całkiem prostych rzeczy jak skrócenie nogawek przez wyszywaniu ślubnej serwety dla rodziców, stroju baletowego dla Karoli, koszuli, kończąc na saszetkach i tabaktaszach - na pomysł tych ostatnich wpadł Maciej.
    Na chorowaniu - to chyba jest już naszym znakiem rozpoznawczym -> KasiaiPrzemo - wiecznie chorzy ;) Chyba powinniśmy zmienić podpis na górze pod adresem bloga na w/w. Cotygoniowe odwiedziny lekarza z powodu mojego refluxu i przemowego osłabienia organizmu. Hehe nawet ostatnio Przemo wylądował u chirurga pod skalpelem, ale to już osobna bajka i nawet wcale nie śmieszna :D. "To czemu się śmiejesz? - a widziałeś kiedyś uśmiech do góry nogami?". Nie, to nie jest śmieszne :D.
    Na koncertach - część biletów wygraliśmy, na część poszliśmy z wsa pisząc relacje i robiąc koncertowe foty. Do obejrzenia na wsa.org.pl. Byliśmy w filharmonii i zadecydowaliśmy, że odwiedzać ją będziemy częściej.
Odnajdując nową muzykę - wokalistki Mirel Wagner, ostatnio Rykarda Parasol. Tworzące swój niepowtarzalny styl, każda piorunuje wokalem, zachwyca wrażliwością. Pojawiło się też kilka nowych płyt. Zielone Żabki nagrały płytę "Alternatywne światy", niestety nie mieliśmy okazji posłuchać ich jeszcze na żywo. Ale za to byliśmy na koncercie Żywiołaka, który promował nową płytę i nowe wokalistki. Koncert fantastyczny, pełen enegrii, a za sprawą nowych artystek, pozytywnych wibracji ze sceny oraz niesamowitego szoł Nina Nu, można było na moment stanąć twarzą w twarz z ich psychodelicznym krasnalem:) i odpłynąć przy dźwiękach liry.
    Na spacerach - mimo iż Oława w żadnym stopniu nie nadaje się do romantycznego spacerowania, nam się udało kilka razy uchwycić mino wszystko niesamowity pejzaż dzięki pogodzie. Nad rzeką mgła przy zachodzącym słońcu. W parku pełnym żółtozłotych liści, przy każdym powiewie wiatru niczym brokatem obsypywany trawnik. W poszukiwaniu ucha bzowego, naszego najnowszego odkrycia podczas pewnego grzybobrania! Zbierając liście i robiąc z nich róże, ciesząc się sobą.
    Świętując urodzinowy listopad. My mamy to szczęście, że nasze urodziny są jedne po drugich w odstępie 17 dni i każdy przez swój okres może cieszyć się ponad tygodniowymi urodzinami. Cóż to za feta! Pojawiły się babka waniliowo czekoladowa z kadzidełkiem zamiast świeczki, a Przemo w zupełnej tajemnicy przygotował wegański tort czekoladowy dla maużo(wi)nki.
    Cały ten czas towarzyszy nam niewiarygodnie ładna pogoda. Teraz jest już grudzień, czas myśleć o śniegu, a za oknem póki co ani widu, ani słychu. Sporadycznie tylko rankiem pojawiają się oszronione pejzaże przypominjące o tym, że Pani Zima zbliża się do nas wielkimi krokami. 

9/11 [HD] Movie

Posted by Kasia i Przemo On 10/03/2011 03:28:00 PM 4 comments

Enjoy:)



Niestety nie da się na blogu zamieścić filmu w HD. Nic straconego, w HD można go obejrzeć na naszym facebooku, pod adresem: http://www.facebook.com/photo.php?v=241269999253665
W HD nie w każdej przeglądarce i nie zawsze chodzi płynnie. Nie reklamując, ale u nas najpłynniej śmiga na firefoxie;). 

9/11

Posted by Kasia i Przemo On 9/30/2011 08:46:00 PM 0 comments

Kawa z szafranem i kardamonem, parzona w tygielku. I wietnamska, parzona po wietnamsku. Na ścianach sporo map, orientalnych obrazów i ogrom wschodnich przypraw. Nie, tym razem nie byliśmy w Azji, ale w Toruniu u Moniki, która właśnie wróciła z 7. miesięcznej podróży po Dalekim Wschodzie i Nowej Zelandii.
Od dawna chcieliśmy odwiedzić to miasto. Kiedyś nawet ruszyliśmy w tamtą stronę, ale ostatecznie zatrzymaliśmy się w Poznaniu. Sporo w Toruniu urzekających ulic, klimatycznych zakamarków i pięknych kamienic. Nie za bardzo mieliśmy ochotę na pierniki. Wybraliśmy się za to do Centrum Sztuki Współczesnej, gdzie odkryliśmy, że rzeczywiście chyba wszystko jest sztuką, co artysta sztuką nazwie (jak głosił napis w toalecie). Znaleźliśmy klimatyczną kawiarnię ('Draże' - polecamy) i napatrzyliśmy się na niesamowitą panoramę miasta nocą. No i wieczorne rozmowy z Moniką na każdy temat... zdecydowanie Toruń nas nie zawiódł.



Ale wróćmy do początku naszej polskiej, wrześniowej włóczęgi... ;)
Nie co za to zawiedliśmy się na Krakowie, do którego pojechaliśmy najpierw. Kraków okazał się mocno przereklamowany i chyba - jak na Polskę szczególnie - zbyt turystyczny. Po jednym dniu więc uciekliśmy w Bieszczady.



Cały dzień zajęło nam przejechanie z Krakowa do Stefkowej, gdzie mamy rodzinę, a już rano kolejnego dnia wyruszyliśmy na szlak. Pierwszego dnia weszliśmy od Ustrzyk, przez Szeroki Wierch na Tarnicę i mimo średniej pogody i tak byliśmy w niebo wzięci. Nie chodziliśmy za bardzo wcześniej po górach, a już pierwszego dnia odkryliśmy, że nie wiedzieliśmy, co tracimy.
Kolejnego dnia weszliśmy od Ustrzyk na Połoninę Caryńską, przeszliśmy całą, zeszliśmy i zaczęliśmy wchodzić na Wetlińską, żeby noc spędzić w schronisku. Naprawdę - ledwo weszliśmy;), a jak przy szlaku nie było barierek, to musieliśmy trzymać się trawy żeby nie upaść ze zmęczenia;). W końcu jednak weszliśmy, zostaliśmy na noc w Chatce Puchatka, a rano ruszyliśmy dalej. W kilka godzin dokończyliśmy Wetlińską i wróciliśmy do Stefkowej. Ostatniego dnia zrobiliśmy obie Rawki, z których mieliśmy niesamowity widok na wszystko, co w poprzednie dni przeszliśmy...
Dawno żadne miejsce nie zrobiło na nas takiego wrażenia. Pięknie jest w Bieszczadach, cudownie jest chodzić po bieszczadzkich górach, błogo patrzeć jest na bieszczadzkie krajobrazy!

Z Bieszczad pojechaliśmy na Mazury, żeby przez tydzień pożeglować z Darią i Tomkiem.
Nieco zimniej niż na południu, ale miło minął tydzień. Brak wiatru i wiatr gigant, ogromne porcje ryżu, kąpiele w lodowatych jeziorach i niesamowite zachody słońca:). Po prostu, miły tydzień na żaglówce:).

Z Mazur pojechaliśmy do Wawy, gdzie spędziliśmy jeszcze półtora dnia z niesamowitą rodziną, jaką tam mamy:). A w Warszawie jak zawsze cudownie. Stolica jest drugim po Wrocławiu miastem w Polsce, do którego gdy przyjeżdżamy, czujemy się jakbyśmy przyjeżdżali do domu. I niesamowite odkrycie! Au Lac, czyli wietnamska, wegańska restauracja, gdzie menu ma 50 wegańskich pozycji! I co to są za pozycje... wegańskie Pho, wegańska ryba, wegańskie krewetki... czujecie to? Bo nasze podniebienia poczuły rozkosz:)



A z Wawy pojechaliśmy do Torunia, o którym napisaliśmy na początku:).
Miło minął nam wrzesień, który w ekstremalnym skrócie opisaliśmy:). Zdecydowanie zakochaliśmy się w Bieszczadach...

Wszystkie zdjęcia (również zaległe woodstockowe) znaleźć można u nas na picasie (klik), lub po w odnośniku po lewej stronie bloga (ZDJĘCIA 2010-...).

here

Posted by Kasia i Przemo On 9/04/2011 08:33:00 PM 1 comments

Kiedy skończył się woodstock? Spoglądamy na kalendarz... 6 sierpnia. Wyjechać, w pierwszej wersji do Hiszpanii, mieliśmy zaraz po woodstocku. Czyli blisko miesiąc temu.
A my ciągle tutaj jesteśmy!
Po woodstocku okazało się, że moja noga jednak wciąż nie jest w stanie nigdzie iść. Zrobiliśmy sobie więc kilka dni leczenia nogi. Stwierdziliśmy, że zmienimy jednak nasz cel, czyli 800km drogę pieszo do Santiago, bo mimo, że z nogą było już w miarę ok, to nie na tyle ok, żeby trasę tą w ten sposób, tą nogą, pokonać. I kiedy już byliśmy jedną nogą (ja tą drugą) w drodze, spakowaliśmy nawet totalnie plecaki, po wizycie z Eweliną na basenie w Goerlitz, całej naszej trójce powyskakiwały... czyraki! Jeśli nigdy nie mieliście z tym czymś do czynienia - zalecamy nie mieć! I nie odwiedzać niemieckich basenów! ;) Godziny przeleżane z bólu i ciągła mantra - dezynfekcja, smarowanie, opatrunek, zmiana opatrunku, dezyfekcja, smarowanie, opatrunek, dezynfekcja... i tak w kółko przez blisko tydzień. I ból nie do opisania! I kiedy pozbyliśmy się przyjaciół czyraków... nie, nawet żartem nie nazywajmy tego tak. Kiedy pozbyliśmy się czyraków, spakowaliśmy się jeszcze raz na dobre, wyjechaliśmy nawet, ale po drodze zajechaliśmy na chwilę do Oławy, bo moja (Przemo) mama koniecznie chciała się z nami zobaczyć. Mieliśmy tu spędzić jedno popołudnie i rano jechać. Kto zgadnie co się stało dalej?:)
Wyskoczyliśmy tego popołudnia na basen, bo było 35'c. Wieczorem wszystko zaczęło mnie boleć, a w nocy dostałem gorączki. Przez 48h ciągle walczyliśmy z 40'c gorączką, a w poniedziałek lekarz przepisał mi antybiotyki, do brania przez tydzień i z uwagi na antybiotyk, zakazem wychodzenia na słońce.
I niby na miejscu, ale całkiem przyjemnie mijał nam czas. Większość czasu spędziliśmy, czując się jak ryby w wodzie... w wodzie:). Nigdy chyba nie pływaliśmy tyle co w te wakacje:). Masa pysznego gotowania (ostatniej nocy zrobiliśmy dahl z ryżem i chapati - ach, małe Indie!), ostatnio nawet kilka dni na działce, bo lepiej na działce w cieniu - skoro nie wolno na słońcu - niż w murach, skoro tak piękna pogoda tegorocznego sierpnia:)
I tak dotarliśmy do dziś, czyli do 4 września. W nocy biorę ostatni antybiotyk i rano mamy zamiar już sobie jechać. O ile nic się nie wydarzy dzisiejszej nocy...
Tak się z tym wszystkim obsunęliśmy, że i nigdzie daleko nie będziemy uciekać. Jeździliśmy już bardzo daleko, teraz może przyszła pora na te bliższe okolice. Jedziemy poznać trochę bardziej Polskę:) ...i może jakieś okolice;). Czy ktoś poleca jakieś miejsce warte odwiedzenia?;)

Oprócz błękitnego nieba...

Posted by Kasia i Przemo On 8/14/2011 09:43:00 PM 5 comments

Czy można coś jeszcze napisać o tak pięknym festiwalu jak woodstock? Notka ta, mogłaby składać się w zasadzie z samych wypowiedzi, muzyki, zdjęć, klipów. Oddałoby to może więcej niż słowa... ale czy na pewno? Czy można poczuć ten klimat bezpośrednio go nie doświadczając? Z pewnością nie do końca... będzie zatem połowicznie:).
W planach mieliśmy pojawić się już w poniedziałek, ale odrobinę nas odstraszyła pogoda, choć chyba jednak niepotrzebnie, bo żadną ceną byłaby odrobina deszczu za jeszcze jeden woodstockowy dzień:).
Przyjechaliśmy autostopem we wtorek, weszliśmy na woodstockowe pole i poczuliśmy to niesamowite uczucie. Uczucie, które można poczuć bardzo rzadko... czujesz je, gdy niezależnie od tego, którą ścieżką wiedzie twoje życie w końcu tam trafiasz. Gdy nagle wszystkie problemy są nieważne, gdy zajęcia na uczelni, praca i wszystkie te rzeczy, które są niby istotne, nie mają najmniejszego znaczenia. Gdy czujesz się jak w domu...
Kilka jest takich miejsc na ziemii.
Tak. Pierwsze zdanie, które wypowiedzieliśmy po dotarciu na woodstockowe pole brzmiało: fajnie być znowu w domu... :)
"It's just coming together for three days and celebrating life"
Rozbiliśmy się w maćkowej, silnie dredziarskiej wiosce i wchłanialiśmy atmosferę:).
Niesamowicie pokojowi, przyjacielscy i ekstremalnie pozytywni ludzie:), świetne jedzenie w Wiosce Krishny, kilometry zrobione piechotą...
Nasza flaga z pomocą miłego człowieka, który zaproponował wzięcie moich 90kg na barana:) twardo przybita pod sceną. Można ją znaleźć na klipach woodstockowych pod telebimem po prawej stronie - zielona, z czarno-białym napisem, słonecznikami, indyjskim mehandi i oczywiście niebieskimi ptakami:). Dużo kurzu, taniec w deszczu, tańczenie za wozem strażackkim polewającym wodą, kąpiel pod grzybkiem w błocie - i zręczna ucieczka przed fruwającym błotem:). Ogromna ilość dawno nie spotkanych znajomych, ale i nowych ludzi, którzy kojarzą nas z internetu i zauważyli na woodstocku:).
I oczywiście niesamowite koncerty, które sprawiały że z przesytu pozytywną energią, którą wytwarza woodstock, unosiliśmy się niemal kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią:). I nie chodzi wcale o taniec czy skakanie:), ale o przepełnioną radością duszę:). Raggafaya grająca cover Manu Chao:), PodobaMiSię, Etna i w końcu udało nam się dotrzeć na GaGa Zielone Żabki!!:) Nieziemski koncert! Luxtorpeda, Enej, świetne show Łąki Łan... Jahcoustix! ...i najlepszy koncert na jakim byliśmy w życiu - TALCO!:) Zdecydowanie, na Talco istniała tylko muzyka i my...:).
Nie da się tego wszystkiego ubrać w słowa... to trzeba poczuć:). Na koncerty można zerknąć na owsiaknet.pl, atmosfery niestety przez internet nie da się przekazać;).
Jeszcze świetny film, który znaleźliśmy w internecie, okraszony opisem:

Hipisi wcale nie wyginęli. Możecie ich zobaczyć raz do roku na Przystanku Woodstock, bawiących się w błocie - i jeśli przyjrzycie się uważnie, nie dostrzeżecie żadnego brudu - tylko miłość i przyjaźń.


Niestety nie wszystkie zdjęcia jeszcze do nas dotarły:), ale jak dostaniemy resztę to doupdateujemy;) Póki co kilka DariowoTomkowych:)...





Oraz jeszcze jedno wyjątkowe... w którym Kasia w półmilionowym tłumie załapała się na fotkę zrobioną przez reportera wośp;)

Po powrocie zdążyliśmy jeszcze wyskoczyć na dwa dni do Eweliny do Zgorzelca, a teraz już na początku tygodnia gdzieś uciekamy:) Jeszcze do końca nie zdecydowaliśmy gdzie, ale mamy ochotę na włóczęgę z plecakiem, namiotem i gazowym palnikiem;).

...nic nam więcej nie potrzeba.


kalambury

Posted by Kasia i Przemo On 7/31/2011 03:28:00 PM 0 comments

Wcale, wcale nie. Wbrew pozorom, które stworzyła nasza blogowa absencja, ciągle prowadzimy tego bloga. Nie porzuciliśmy go, nie wyprowadziliśmy się stąd ani nic z podobnych rzeczy. Po prostu... ostatnio nam się nie chciało;).
Witamy się ponownie, niektórych zaskakując że nie piszemy wcale z GB. Wybyliśmy na przełomie czerwca i lipca do Szkocji, ale szybciej w sumie stamtąd wróciliśmy niż się tam zebraliśmy:). Nie wnikając w szczegóły - było do dupy:). Jesteśmy więc w Polsce i mamy wakacje;), a do GB wrócimy po wakacjach, gdy na wyspach znów będzie więcej Brytyjczyków niż Polaków.

Byliśmy też ostatnio z moją mamą nad morzem:). Trafiliśmy idealnie w lukę pogodową - między jednym deszczem, a kolejnym. Padało od 3 dni przed wyjazdem, całą drogą, a gdy tylko dojechaliśmy na miejsce, deszcz automatycznie przestał padać:). Towarzyszyło nam przez 3 dni słońce i gdy wyjechaliśmy... znów zaczęło padać:). Zabraliśmy ze sobą 15-letni namiot, który rozkładany był w swojej historii tylko raz - 15 lat temu:). Pomęczyliśmy się z nim 3. godziny, bez instrukcji... ale udało się:). Spacery plażą, opalanko:), kąpiele i codzienne zbieranie grzybów, żeby na każde śniadanie zjeść jajecznicę ze sieżo zerwanymi grzybami. Ewentualnie grzyby z jajecznicą, bo bywało, że było ich zdecydowanie więcej. Niesamowicie przyjemne, wakacyjne 3 dni, że aż szkoda było stamtąd wyjeżdżać...




Więcej zdjęć po kliknięciu na link: https://picasaweb.google.com/wesyasih/Miedzywodzie

Uciekamy jutro z Darią i Tomkiem do Zielonej, a we wtorek jedziemy na woodstock!:) Po woodstocku w planach mieliśmy przejść się na hiszpański, 750-kilometrowy spacer z Irun do Santiago, spełniając swoje marzenia o przejściu pieszo tylu setek kilometrów, ale od wczoraj nasz wyjazd stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Przy okazji zakupów w Decathlonie, poszliśmy pograć w piłkę, a że nie uprawiałem tego sportu chyba od liceum, skończyło to się chyba naderwaniem więzadeł stawu skokowego... ciężko co prawda zdiagnozować, czy to stuprocentowo ponadrywane więzadła, natomiast faktem jest, że od wczoraj nie mogę stanąć na nogę... i nie wiemy co tu dalej począć. Zobaczymy.

Znalazł się też w końcu czas, żeby posegregować i powrzucać zaległe fotki na picasę. Ostatni dodany album był... z Delhi, sprzed roku:) No a teraz jest wszystko zaktualizowane:). Wystarczy kliknąć w link: http://picasaweb.google.com/wesyasih , lub po lewej stronie bloga (ZDJĘCIA - 2010-...). Pozdrowienia... i do zobaczenia na woodstocku!:) Idziemy dalej grać w kalambury...;)

trata tata

Posted by Kasia i Przemo On 6/16/2011 11:44:00 PM 2 comments

Kto by pomyślał! Żeby tak się wprowadzić na 43m2, żeby się stąd wyprowadzać 2 tygodnie! Ale dość już o tym, ile można temat drążyć;).
Uciekamy po weekendzie do Anglii. Smuto trochę to wszystko zostawiać, wyprowadzać się z tego przytulnego mieszkanka. Szczególnie, że nic, a nic, ani trochę, nic, tyćkę nawet nie mamy ochoty jechać na wyspy do pracy. Ale coż, trzeba iść do przodu. Zobaczymy jeszcze jak długo tam wytrzymamy...
Na szczęście to po weekendzie, dokańczamy wszystkie sprawy, a od piątku do niedzieli jeszcze pobędziemy na festiwalu filmowym Refugee Review, który porusza temat uchodźców - no proszę, jak na czasie;);). Seanse odbywać się będą wieczorami, od godziny 18.00 w kinie Lwów. Przegląd filmów jest darmowy, więc wszystkich wrocławian - jeżeli jacyś to przeczytają:) - zachęcamy, bo seanse zapowiadają się naprawdę interesująco.

what's going on?

Posted by Kasia i Przemo On 6/09/2011 09:13:00 PM 6 comments

No dobra, bo my tu gadu gadu, a wciąż nic nie wiadomo. Przed wyjazdem do Maroko, wrzuciliśmy wpis o tym, że niedługo spore u nas zmiany. Czas chyba nieco ujawnić ;).
Jak wyjeżdżaliśmy do Maroko, tytuł notki napisaliśmy po arabsku. Teraz każdy widzi w jakim jest języku :). Prościej zatem rozszyfrować, gdzie wybieramy się tym razem... i wyjątkowo - tym razem nie turystycznie. Sporo ostatnio u nas bardzo dobrej, nowej muzyki... a zatem, przy okazji, podzielimy się, a i odkrywając więcej szczegółów naszego wyjazdu. Opis do piosenki, który - tak jak i sam utwór - jest nam aktualnie bardzo bliski...

Napisalam Abby, Abby! bedac na poczatku studiow w Berlinie. Przeprowadzilam sie wtedy do wielkiego, obcego miasta w ktorym nikogo nie znalam. Wynajelam sama swoje pierwsze wlasne mieszkanie, bo nie chcialam mieszkac z kims obcym...
Szczegolnie na poczatku nie majac zadnych znajomych na studiach, szybko poczulam kiedy samotnosc tak naprawde najbardziej dokucza: Gdy sie rano wstaje do uniwersytetu i jest jeszcze ciemno i zimno, a w pustym mieszkaniu cicho. I gdy sie wieczorem wraca do tego pustego ciemnego mieszkania. Raz gdy sie zle czulam, pewna znajoma z roku przenocowala u mnie. Rano zniknela, obudzilam sie bedac sama w tym „mieszkaniu". Nawet jesli dzien lub wieczor byl mily, w takim momencie powraca sie do rzeczywistosci: „Jestem bardzo daleko od bliskich i prawdziwych przyjaciol". W tym samym czasie moje przyjaciolka ze szkoly, wyjechala na studia do Stanow Zjednoczonych. Nie mogla wymarzonego kierunku studiowac w Niemczech, wiec pojechala do Virginii. Pewnego wieczoru wrocilam do swojego mieszkania, wlaczylam komputer i ona akurat byla na skypie. Mimo, ze bylysmy na dwoch roznych kontynentach, obie w tej samej sytuacji,samotne, moglysmy ze soba rozmawiac jak dawniej i sie wyglupiac, az do poznej nocy przez internet. Przypomnialysmy sobie po co to robilysmy i dleczego tu bylysmy.
Obydwie opuscilysmy dom, aby realizowac swoje marzenia i moc kiedys miec zycie ktorego pragnelysmy. Bylo co prawda ciezko i samotnie, a stress i oczekiwania w szkolach ogromne. Ale robilysmy to dla siebie.


Abby, Abby! jest hymnem dla tych ktorzy decyduja sie na ten odwazny krok, wyjezdzaja w dal by realizowac marzenia, uczyc sie, pracowac. Ale to takze piosenka o sile przyjazni i lojalnosci "long distance".
Dedykuje go w tym programie wszystkim ktorzy wyjezdzaja z Polski do Anglii, Holandii, do Niemiec, USA, Afryki, Azji i Australii, aby sie tam uczyc, poprawiac jezyk lub pracowac. Zostawiaja rodzine I przyjaciol, wszystko co znajome, wszystkie swoje kotwice, aby wrocic do domu z nowymi doswiadczeniami i wiedza o obcych kulturach, z wyksztalceniem, z pieniedzmi ktore moga wykorzystac aby realizowac marzenia, jako lepsi ludzie otwarci na swiat i innosc, pelni respektu do roznorodnosci.

I oczywiście piosenka, wystarczy kliknąć play:) :




Uciekamy do pracy do Anglii. Rzuciliśmy studia na 4 semestrze, bo nie otworzyli nam specjalizacji dziennikarstwa, tłumacząc się zbyt małą ilością chętnych. Może spróbujemy kolejnego lutego?
Cóż, jedziemy zbierać na marzenia;), około przyszłego tygodnia. A wiecie co jest najgorsze? Coś, o czym również pisaliśmy na blogu wcześniej... przywiązać się do rzeczy. Bardzo ciężko rozstać się z mieszkankiem, które jest już tak bardzo po naszemu, ma wszystkie nasze cudowne rzeczy, które przypominają o wspaniałych, wspólnych chwilach:). Jeśli lubicie podróżować, zmieniać miejsca bytu... nigdy nigdzie się nie zadomowiajcie, tak jak zrobiliśmy to my. Rozstanie boli. Ale trzeba iść do przodu...
Nasze rzeczy zamieniły się w szare kartony i sobie pojechały. Póki co zostaliśmy jeszcze my, pośród dziwnie pustych ścian, a i nas tutaj niedługo nie będzie. Ale przecież, najważniejsze, że jesteśmy MY... o czym następna piosenka, kolejnego naszego odkrycia, albo też brytyjskiej wersji tego samego programu;).




Niestety w przyciętej wersji, ale w pełnej można posłuchać klikając TUTAJ ;).
Wyjątkowo dużo ostatnio wokalistek na naszej playliście, choć sami nie wiemy czemu to zawdzięczać.
Wyjeżdżamy najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu, a póki co cieszymy się jeszcze tym, co tutaj. Słońcem chyba powinniśmy w szczególności się nacieszyć ;), co też czynimy. Piknikujemy sobie głównie :D, a ostatnio większość dnia spędziliśmy na basenie;) Tak, na basenie czujemy się jak ryby w wodzie :D.
Gdy trzeba wyjechać, nagle wszystko co oferuje nam nasze miasto przybiera na wartości;). No ale nic... najwyżej jak będzie nieciekawie to sobie wrócimy :D. Jak rodzice dwadzieścia kilka lat temu. Sprzedali wszystko rodzicom, wyjechali w siną dal... i wrócili tym samym atobusem :D.



piknik:D

zdjęcia z Maroko

Posted by Kasia i Przemo On 5/25/2011 09:03:00 PM 0 comments

Ach, dopiero teraz, bo nam internet po powrocie nie chciał za bardzo działać!
Opornie, topornie szedł nam stopa powrotny do Polski. Zostaliśmy finalnie na noc u niesamowitej Sary w Bremen, a rano wyruszyliśmy do domu. Z trudem, ale późną nocą dotarliśmy do Wrocławia i zapadliśmy w zasłużony sen;).
Tymczasem, wrzuciliśmy zdjęcia z Maroko. Zobaczyć je można klikając w link poniżej:

Zdjęcia - KLIK ;).



Pozdrawiamy:)

welcome home

Posted by Kasia i Przemo On 5/20/2011 10:24:00 PM 0 comments

Nieźle stopuje się po Maroko. Melancholijnie opuściliśmy Sidi Ifni, by bezproblemowo, dwoma długimi i dwoma krótkimi stopami:), po niecałych 7 godzinach dojechać do Marrakeszu. A tutaj - przyjęcie jak w domu:). Gdy weszliśmy do hotelu i zobaczyliśmy tych samych Azjatów co przed tygodniem, ci z radością w głosie powiedzieli: welcome home;).
Niby ogromne miasto, a na ulicy zaczepiają nas ludzie i mówią, że jesteśmy z Polski, że nas pamiętają. Wisienką na torcie okazało się stoisko z jedzeniem na Jamaa el-Fna, które odwiedzaliśmy codziennie, będąc tu poprzednim razem. Uśmiechy od ucha do ucha, radosne witanie, podawanie dłoni. Niesamowite, bo na tym placu dziennie przewijają się przecież tysiące ludzi.
Powłóczyliśmy się popołudniem więc po naszych ulubionych zakątkach w Marrakeszu, wypiliśmy sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy, zjedliśmy harirę, chabakiyę i wypiliśmy herbatę:).
Mimo iż czujemy, że w Marrakeszu byliśmy już wszędzie, miło jest tu wrócić na popołudnie i jutrzejszy poranek. Dwa tygodnie są krótkie. Czujemy już wiatr we włosach, za którym chcielibyśmy podążyć na południe, w głąb afryki. Ale niestety, jeszcze nie. Jeszcze przyjdzie na to pora...

A na koniec, jeszcze nasza wisienka na torcie;), czyli ulubiony stragan z jedzeniem:


Oraz po raz ostatni, widok z naszego tarasu:

U nas, w Ifni:)

Posted by Kasia i Przemo On 5/19/2011 06:35:00 PM 0 comments

Przyjemnie zadomowić się w Sidi Ifni:).
Spędzamy czas spacerując po mieście, plażą, pijąc herbatę w lokalnych knajpkach. Oddajemy się niespiesznej atmosferze miasta, w którym bardziej dominuje już błękit niż ultramaryna.
Codziennie robimy warzywno-owocowe zakupy u tych samych sprzedawców na souku, którzy nas już poznają i witają seredecznym uśmiechem. Każdego wieczoru gotujemy sobie tajin lub kuskus, obserwujemy życie mieszkańców, które rozkręcać się zaczyna późnym popołudniem i trwa do bardzo późnego wieczora...
Wczoraj poszliśmy popływać w oceanie:). Niesamowite szaleństwo pośród ogromnych, niespotykanych w Polsce rozmiarów fal, więc teraz cali jesteśmy w siniakach;). Przed wczoraj za to chcieliśmy wybrać się do Legzira, na niesamowitą plażę. Gdy czekaliśmy od 20 minut na lokalny autobus, zawołał nas właściciel mieszkania, w którym się zatrzymaliśmy, a którego wcześniej pytaliśmy z którego miejsca odjeżdża autobus. Widząc, jak długo już czekamy, wsadził nas do auta znajomego, który właśnie tam jechał. Tacy właśnie są ludzie w Ifni.
A dziś odwiedził nas Brahim, o którym pisaliśmy w poprzedniej notce. Tak jak wspomnieliśmy, wymieniliśmy się telefonami. Zadzwonił, że jest właśnie służbowo w Sidi Ifni, więc spotkaliśmy się na kawie. Bardzo miłe odwiedziny.
Zaczęliśmy się przyzwyczajać do życia w podróży. U nas w Ifni:), zaczyna się powoli Sahara Zachodnia i najchętnie podążylibyśmy za nią do Mauretanii, tymczasem... musimy wracać. Po 4 nocach spędzonych w Ifni, jutro rano wcześnie wstaniemy - inshallah - i będziemy się zbierać autostopem do Marrakeszu, bo już po jutrze, w sobotę, wsiadamy powrotny samolot do Bremen...

Widok z tarasu naszego mieszkanka i Legzira Plage, 10km od Ifni:



Legzira... :



Legzira, znaleziony na plaży kapelusz:) i Sidi Ifni:



Ifni:



Plaża w Ifni i herbata w ulicznej kawiarence:



I jeszcze raz Ifni:) :