kasiaiprzemo.com

...iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem - i tak - wiecznie - aż do końca!

another days off

Posted by Kasia i Przemo On 5/07/2012 07:15:00 PM 2 comments

Trochę kilometrów na stopa, niemniej pieszo, cudowne widoki i cider na litry;). Cider, który kupiliśmy u siebie, bo w Inverness Pani poprosiła nas o dowód. Ja pokazałem, ale Kasia zostawiła w domu i nam nie sprzedali. O taka sklepowa przygoda.

IMG_0414  IMG_0438IMG_0452  IMG_0470

wyszło słońce!:)

Posted by Kasia i Przemo On 4/28/2012 07:24:00 PM 1 comments

IMG_0325

day off

Posted by Kasia i Przemo On 4/24/2012 10:25:00 PM 2 comments

Żeby za bardzo nie odpocząć ;), wolnego dnia postanowiliśmy połazić trochę po okolicznych górkach. Zmęczyć się, przemoknąć, zgubić się w lesie… i takie tam;)

IMG_0280 IMG_0286 IMG_0290

first working day!

Posted by Kasia i Przemo On 4/22/2012 09:18:00 PM 0 comments

Pierwszy dzień! Kasia się tak zestresowała, że nie mogła w nocy spać, a okazało się, że nie było znowu tak bardzo przed czym się stresować :). Dzień był raczej spokojny, więc i u mnie w kuchni zbyt wiele się nie działo. Przyjemne okoliczności na zaklimatyzowanie się pierwszego dnia. A po pracy wybraliśmy się z Węgierkami na przyjemny spacer nad wodospad i jedyne co możemy powiedzieć, to że Szkocja jest piękna!


IMG_0260 IMG_0261 IMG_0263 IMG_0256IMG_0265 IMG_0268 IMG_0270

IMG_0273

touch of Scotland

Posted by Kasia i Przemo On 4/21/2012 10:23:00 PM 3 comments

Szybkie pakowanie, załatwianie ostatnich spraw, ostatni wypadzik do złego mięsa i czajowni, autostop do Bydgoszczy. Tak wyglądało kilka naszych ostatnich dni.
I wylądowaliśmy w czwartek późnym wieczorem w Glasgow Prestwick. Zabawną sytuację mieliśmy w trakcie kontroli paszportów, bo człowiek burknął tylko coś do nas pod nosem, a my totalnie niewyspani i trochę zawieszeni patrzyliśmy się na niego bez słowa z oczami jak pięciozłotówki. Wtedy odezwał się po raz drugi w kompletnie niezrozumiałym przez nas języku... a my dalej bez ruchu i słowa przyglądaliśmy się mu jak osiołki. Powtórzył tą frazę i dotarło do nas dlaczego nie wiemy w jakim języku i co on nam próbuje przekazać... było to mniej więcej: miewszkacje w szkoftji?
Znaleźliśmy ustronne miejsce, rozłożyliśmy sobie karimatki, śpiwory i porządnie wyspaliśmy się na lotnisku (od 23 do 9 :D). A obudził nas aromat kawy mielonej nieopodal w Starbucksie.
W planach mieliśmy jechać autobusem, ale wieczorem na jednym z ekranów pojawiła się informacja, że z biletem lotniczym do Prestwick ma się 50% zniżki na podróż z lotniska dokądkolwiek w Szkocji pociągiem. Żeby było ciekawiej, gdy pytaliśmy się w informacji o połączenia Kasia wzięła do ręki ulotkę, na której napisane było, że lecąc z nowo otwartych połączeń (Bydgoszcz, Barcelona i jeszcze jakieś jedno) pociąg z lotniska dokądkolwiek w szkocji jest... FREE!
Odbyliśmy więc przyjemną, niemalże pociągostopową podróż najpierw do Glasgow - gdzie wyskoczyliśmy jeszcze po drodze na kawę, nie mogąc opędzić się od porannego, budzącego nas zapachu - i dalej do Fort William (w sumie 4,5h podróży). Normalnie za taką podróż zapłacilibyśmy 67£ (ok. 330zł). W Fort William próbowaliśmy łapać stopa ale nie szło, a poza tym padało :), więc wsiedliśmy do pierwszego przyjeżdżającego i ostatnie 30 mil do Fort Augustus przejechaliśmy autobusem. Ale coż to była za droga! Szczególnie pociągiem. Niesamowite góry, jeziora, piękne szkockie krajobrazy. My co kilka chwil wpadaliśmy w euforię, podczas gdy reszta pasażerów przez większość drogi przysypiała... czyżby już się oswoili i nie robiło to na nich wrażenia?
Fort Augustus jest również bardzo przyjemne. Położona nad Loch Ness wioseczka z przyjemną okolicą, po której mieliśmy czas już dziś pospacerować.
No, wszystko fajnie, tylko jutro zaczynamy pracę, więc trochę się denerwujemy. Ale może nie będzie tak źle, jutro się okaże. Najwyżej nas wywalą po tygodniu :D. Tymczasem kilka fotek z naszego aktualnego zakątka:



 

  






bye bye sweet home!

Posted by Kasia i Przemo On 4/19/2012 07:26:00 AM 0 comments


wyprzedaż!

Posted by Kasia i Przemo On 4/08/2012 05:54:00 PM 1 comments

Mamy do sprzedania trochę książek :)
Jeśli ktoś jest zainteresowany to piszcie!

"Kierunek Bagdad" Henry Hemming
"Geografia Szczęścia" Eric Weiner
"Rasa Mystica" Piotr Ibrahim Kalwas
"KSU, Rejestracja buntu" Krzysztof Potaczała
"Czwarty pożar Teheranu" Marek Kęskrawiec
"Złodziejka książek" Markus Zusak
"Pierwsza wyprawa, Nepal" Kinga Choszcz
"Moja Afryka" Kinga Choszcz
"Jeżdżąc po cytrynach" Chris Stewart
"Goniąc marzenia" Monika i Michał Przybysz
"Księżniczka z lodu" Camilla Lackberg
"Dziennik Hadriena i Rumianki" Hadrien Rabouin
"Ucieczka do Afryki" Mirosław Żuławski
"Podróż do Trulali" Wladimir Kaminer
"O naturze rzeczy" Lama Ole Nydahl
"Inne światy, inne drogi" Wojciech Giełżyński
"W dżungli życia" Beata Pawlikowska
"Blondynka w Tybecie" Beata Pawlikowska
"Blondynka w dżungli" Beata Pawlikowska
"Blondynka wśród łowców tęczy" Beata Pawlikowska

:)

w marcu jak w garncu

Posted by Kasia i Przemo On 3/21/2012 08:46:00 PM 0 comments

Kolosy... tak, udało nam się odwiedzić Trójmiasto, do którego kiedyś zaglądaliśmy całkiem często, a ostatnio jakoś nie było okazji... byliśmy okrągły rok temu - również na kolosach.
Tegoroczne były mocno na ostatnią chwilę, ale w sumie udało nam się tak rozporządzić swoim czasem, żeby pospacerować jeszcze po Gdyni, wpaść na pączki z chałwą (i nie tylko z chałwą) i zjeść śniadanie nad morzem, na plaży... o tak, spokój jaki wywołuje chwila na plaży jest niebywały.
Sporo inspiracji, ogrom robiących spore wrażenie prezentacji... no i ta na kolosa. Stopem po Indiach, na piechotę z Manali do Leh... i spowrotem. 1500km łódką z Varanasi do Kalkuty, później tratwa, więcej Azji, Australia, Nowa Zelandia... dwukrotnie żaglówkostop, w tym przez ocean do Afryki... a na deser cały czarny kontynent z południa na północ rowerem + Europa - 5 lat w podróży. Przez większość czasu samotnie. Niesamowite! Aż nam się buzie pootwierały z wrażenia!



Warto też opisać nietypową podróż na kolosy... i spowrotem :). Bo wydawać by się mogło, że niby Wrocław - Gdańsk prosta polska droga, myk myk i już, że nie warto nawet wspominać... a tu proszę:). Jadąc na północ bardzo szybko dojechaliśmy do Poznania, równie szybko minęliśmy Toruń i wylądowaliśmy na parkingu przy autostradzie, na który nie wjeżdżał niemal nikt, no bo po co?:) Podchodziliśmy więc do bramek przy autostradzie, wyganiano nas, po jakiś czasie wracaliśmy... itd. :D. Podsumowując udało nam się pobić nasz rekord z Grecji z 2008 roku! W Polsce! Łapaliśmy stopa od 14.00... do 20.00 :D!


Powrót był równie ciekawy. Wracać zaczęliśmy ok. 20.00, wyjechaliśmy autobusem za Gdańsk do Pruszcza i szukaliśmy drogi na A1. Przeszliśmy cały Pruszcz, wyszliśmy za i odkryliśmy, że chyba gdzieś ten wjazd przegapiliśmy, bo trafiliśmy na drogę... ale S8 w stronę Trójmiasta :D. Lekko się podłamaliśmy, ale po nie więcej jak dwóch minutach zatrzymał nam się samochód i chłopak stwierdził, że podrzuci nas na pierwszą stację benzynową na autostradzie. Po drodze opowiedział, że generalnie jedzie w przeciwnym kierunku i jest mu naprawdę zajebiście nie po drodze, ale ponieważ sam jeździł sporo autostopem po Europie to... wiadomo jak jest :). Okazało się to 30. kilometrami, a na stacji stwierdziliśmy, że jedziemy tylko jak ktoś będzie jechał w okolice Łodzi albo Poznania. Odrzuciliśmy więc 5 aut :D, które jechały do Bydgoszczy, Torunia, Warszawy itp. Parę minut po północy zdecydowaliśmy, że skoro na stację zjeżdża nie więcej jak jedno auto na 20. minut, to pójdziemy spać w ogromnej kabinie damskiej toalety, w której było ładnie, czysto i pachnąco :D. Wyjęliśmy więc śpiwory, rozłożyliśmy karimatki i poszliśmy spać.


O 5.30 wstaliśmy, ogarnęliśmy się, zjedliśmy na śniadanie sojówki śniadaniowe :D i poszliśmy sobie dalej łapać stopa. No i już się jakoś jechało, ale mieliśmy mały autostopowy kryzys w Jarocinie i do Wrocławia dojechaliśmy o 17.00. Co nie zmienia faktu, że jechało się świetnie ;).
Sporo spotkań w trakcie kolosów - starych znajomych, nowo poznanych ludzi, którzy niosą ze sobą swoje historie, przeżycia, którymi się dzielą. Później ludzie jeździli do nas. Ekspresowe odwiedziny Darii z Tomkiem, później weekend z Tysią i Kubą z CS. Wszyscy ci ludzie, niesamowite rozmowy i ochota by zatrzymać te chwile ze sobą na dłużej, chociaż to niemożliwe. Ludzie przyjeżdżają i wyjeżdżają. Pojawiają się i znikają. Każdy podąża swoją ścieżką. I w pierwszej chwili wydaje się, że po zniknięciu ludzi zostaje pustka, a tak naprawdę wszystkie te historie, wszyscy poznani ludzie zostawiają w nas cząstkę siebie, swojego spojrzenia na świat. Trochę jak podczas jazdy autostopem. Dzielimy się z kierowcami swoim życiem, wymieniamy się historiami. I nie ważne jak bardzo nasze droga poczuje się wspólna, każdy w końcu dąży w swoim kierunku. I nie zmienia tego nawet 3 dni wspólnej drogi... i... no, jest w tym coś magicznego:)
Odkryliśmy też miejsce, z którego piszę też teraz ten wpis:) i do którego niedługo chyba się przeprowadzimy:). Z niesamowitym klimatem, cudownie miłymi ludźmi i bilionem cudownych herbat... :). Wcześniej mieliśmy takie jedno miejsce, w którym moglibyśmy spędzać całe dnie - była to Ganga Beach Cafe w Rishikesh w Indiach... no, na co dzień trochę daleko :). Ale teraz, dla każdego odwiedzającego stały punkt programu we Wrocławiu - Czajownia! I nie, nie jest to żaden sponsorowany artykuł... piszę, biorąc kolejny łyk Tie Guan Yin Cha... :)


Kasia i Tysia, oraz Kuba za fajką @ Czajownia :)
 

z weekendowych kuchennych opowieści...

Posted by Kasia i Przemo On 2/27/2012 06:59:00 PM 2 comments

...czyli wholemeal seitan, home-made bread, italian pizza, indian pakora...i deserek na bazie mascarpone:)






Andiamo!

Posted by Kasia i Przemo On 2/22/2012 12:22:00 AM 2 comments

Tak... dawno nas tu nie było:)
Co u nas? Zdążyliśmy od grudnia dwa razy zmienić miejsce swojego zamieszkania, w końcu się trochę podleczyć. Wypić w sylwestra piccolo, upajając się fajerwerkową panoramą Wrocławia, pobawić się na koncertach, spędzić sporo seansów w kinie i przeczytać kilka ciekawych książek.
I oczywiście - sporo wspólnego gotowania, trochę wybitnych wegańskich zdobyczy i ostatnio obsesja... doprowadzenia pizzy do perfekcji:). Gdyby je wszystkie policzyć, w ciągu ostatniego miesiąca w naszym kuchennym zakątku w ciągu ostatniego miesiąca powstało chyba ponad 20. pizz...
W ten sposób przygotowywaliśmy się do wyjazdu w krainę podniebiennej rozkoszy. Raj miłośników rozkosznej kawy, najcudowniejszych lodów i łechcącej podniebienia... pizzy:).
Znów ryanair;), a tym razem Włochy. Bolonia. Niekończące się spacery kilometrów arkad, klimatyczne kawiarnie i... setki euro wydane na zajebiste jedzenie:)! Bolonia ma coś w sobie co hipnotyzuje, a niektóre ulice, gdyby zabrać z niej modnie ubranych ludzi i nowoczesne samochody, równie dobrze mogłyby tak wyglądać wiele lat temu.
Ostatnią sobotę karnawału spędziliśmy w Wenecji, gubiąc się w dziesiątkach klimatycznych ulic przecinających weneckie kanały. Ścisk karnawałowy był jednak niesamowity, a do jadącego z Bolonii do Wenecji pociągu ludzie na peronach po drodze po prostu nie byli już w stanie wsiąść, taki był w nich tłok. Kolorowe, szalone przebrania, magiczne maski i wiosna w powietrzu, bo wyjątkowo dopisała nam pogoda podczas tych kilku dni. I wymarzone poranki... na śniadanie cudowna kawa poprawiona lodami, które we włoszech naprawdę są najlepsze na świecie. A na lunch pizza... również najlepsza na świecie :)!
I Elena, u której zatrzymaliśmy się w drugiej części wyjazdu. Niesamowita, inspirująca, wręcz magiczna osoba. Długie, niezwykłe rozmowy o marzeniach, wolności i szczęściu, wieczorny wypad do pizzerii i sobotnie dinner party. Przygotowane przez nią, jej siostrę i jej znajomego, który zmajstrował zdecydowanie wybitny seitan - szczególnie, że robił go pierwszy raz:). Jeszcze niedzielne spacery po lokalnych, osnieżonych i cichych górkach i już żegnaliśmy się na lotnisku...
Magiczne były walnetynkowe Włochy. Magiczne... i pyszne...   :)








A resztę zdjęć zobaczyć można klikająć TUTAJ :)