09-12-2009

film z Mołdawii!

Dla ogólnego poglądu, jeszcze nasza mniej-więcej trasa nakreślona na szybko w paincie:D



No i film!





Miłego oglądania!:)

05-12-2009

:):):)

W ramach przypomnienia...



Dekodujemy... ;)

W końcu, możemy oficjalnie ogłosić...

JESTEŚMY ZARĘCZENI!!! :):):)

A z tej okazji, wybraliśmy się z rodzicami i Karolcią do Indyjskiej restauracji, gdzie było pyszne jedzenie, pokazy tańca bollywood i miła atmosfera:).



I nie pytajcie kiedy ślub, bo sami nie wiemy... :p.

23-11-2009

wśród wspaniałych ludzi

Pisaliśmy, że nie mogliśmy jakoś znaleźć hosta w Barcelonie. W sumie, z CouchSurfing, dostaliśmy 54 negatywne odpowiedzi. Doliczyć do tego należy osoby, które nie odpisały. To tak w ramach ciekawostki:).

W niedzielę wieczorem, odpisała nam niesamowicie Inna z Mołdawii, której "what's a good news, of course, WELCOME!" tak nas pozytywnie nastawiło, że o mało nie wyfrunęliśmy do Kiszyniowa tego samego dnia;)... Tyle, że rano mieliśmy jeszcze coś do zrobienia.
Pojechaliśmy ok. 10 do Skalnika (sklep taki) skorzystać z promocji - kupując 3 rzeczy, najtańsza z nich gratis. Kupiliśmy więc, dwa śpiwory z ujemnym komfortem (-5, dokładniej) na jesienno-zimowo-wiosenne wypady oraz wymarzony "mały", 35-litrowy plecaczek na kilkudniowe wyjazdy:).

Z Wrocławiem żegnaliśmy się w deszczu, co jednak nie nastrajało nas, o dziwo, jakoś szczególnie negatywnie.


We Wrocławiu szybko złapaliśmy stopa do Krakowa, a tam po pół godziny zabrała nas para, z która z początku jechać mieliśmy tylko połowę drogi do Tarnowa, ale gdy z rozmowy wynikło, że my do Mołdawii, to okazało się, że tym autem dojedziemy aż na granicę węgiersko-rumuńską :).
Szczęście. Na miejscu byliśmy ok. północy i ciągle w mżawce staliśmy dwie godziny, aż zatrzymał się samochód... niemal do kolejnej - tym razem rumuńsko-mołdawskiej - granicy. Przejechanie całej Rumunii zajęło nam o wiele więcej czasu niż myśleliśmy... z granicy przy mieście Oradea do Iaşi jechaliśmy ok 13. godzin, z czterogodzinnym postojem na sen. Wynika to z tego, że jechaliśmy dosyć górzystymi i raczej nie głównymi drogami.
W Iaşi mieliśmy problem z wydostaniem się z miasta... męczyliśmy się przez blisko 3. godziny, aż w końcu pojechaliśmy te parędziesiąt km do granicy marszrutką.
Z granicy - na której trąbili o panującej niedaleko na Ukrainie świńskiej grypie - już szybko do Kiszyniowa zabrał nas bardzo miły Pan, który podwiózł nas pod sam dom Inny i Sashy :).
Wieczorem jeszcze trochę sobie porozmawialiśmy, pośmialiśmy się, zjedliśmy "tradycyjnie improwizowane" :) mołdawskie danie, które specjalnie dla nas zrobiła Inna z Sashą i padnięci poszliśmy spać. W nocy do spania w tym samym pokoju wylądowali jeszcze znajomi naszych gospodarzy, także spaliśmy grupowo, w szóstkę :).

Przemo śpi:)

łóżko

i pokój:)

Od rana zaczęło się bardzo miło:). Dziewczyna, która w nocy zjawiła się w mieszkaniu miała dready i Kasia dostała od niej koralik na dreada... którego tamta dziewczyna dostała na Rainbow w Odessie, od chłopaka, który przywiózł go z Argentyny! :).
Zjedliśmy śniadanie i poszliśmy na miasto ;).
Na początku, w poszukiwaniu centrum, chodziliśmy raczej ponurą częścią Kiszyniowa. Szarość, wielkie i przygnębiające blokowiska. Zjedliśmy to, co lokalne - czyli wszystko co było wege na ulicy, a później trafiliśmy na bazar, czyli w miejsce, które jest dla nas jednym z najbardziej interesujących w większości krajów jakie odwiedzamy. Bazar był niesamowity, cofnięty w czasie, mołdawski.
Aż w końcu, przez przypadek, sami siebie zaskakując, trafiliśmy do właściwego centrum. Momentalnie z szarego, biednego kraju, przenieśliśmy się do stolicy zachodniej Europy. Drogie sklepy, butiki, czysto, bogato...
Cóż za kontrast! Przeogromny...
W centrum usiedliśmy sobie na wielkim placu, pod jeszcze większym budynkiem. Za chwilę przyszedł żołnierz, poprosił o paszporty i powiedział po rosyjsku, że jeden park jest tam, a drugi tam. Znaczy, że ważny jest to budynek i dlatego nikt oprócz nas pod nim nie siedział :).
Do domu wróciliśmy pełni fascynacji kontrastem Kiszyniowa, którego znaczną część widzieliśmy już po zmroku, więc stwierdziliśmy, że kolejnego dnia, musimy wrócić i zobaczyć to wszystko w dzień :).

koralik:)

chaos komunikacyjny z blokami w tle

ruina...

kolej

bazar

ulica jak w Paryżu...

centrum

zanim żołnierz nas wygonił:)

Rano pochodziliśmy dalej po mieście, zrobiliśmy zdjęcie "bramy do miasta", a później jakoś opadliśmy z sił, zupełnie i z zaskoczenia, więc sporo czasu przesiedzieliśmy na herbacie i kawie w bistro, które z przyzwyczajenia, które wynieśliśmy z Kosowa nazywaliśmy "u Abdula" ;)

śniadanie w parku:)

brama miasta

zakaz wnoszenia broni...

stosunek do Rosji

Kolejnego dnia chcieliśmy wybrać się do Naddniestrza. Regionu autonomicznego w Mołdawii, ale od 1990 niepodległego. Jako kraj uznawanego jedynie przez Abchazję i Osetię Południową.
Chcieliśmy... bo nam się nie udało.
Wszyscy, którzy zatrzymali się podczas łapania stopa, chcieli za przejazd pieniądze. No i ciężko jakoś było się w ogóle dogadać. Ostatecznie zrezygnowaliśmy, bo temperatura spadła i przemarzaliśmy.
Pochodziliśmy jeszcze po nieodwiedzonych przez nas wcześniej częściach miasta, a wieczorem wybraliśmy się do kina... na "Katyń"! Gdyż w Kiszyniowie akurat rozpoczynał się festiwal polskich filmów.
Polski film w Mołdawii - ciekawe przeżycie :).

próba stopa do Tiraspolu

Kasia foci:)

:)

polskie filmy:)

Inna, Sasha i my:)

Tak się trochę wystraszyliśmy tego mołdawskiego stopa, że sami nie wiedzieliśmy jak mamy wracać. Inna z Sashą, twierdzili, że im autostop w Mołdawii idzie bezproblemowo i zaproponowali nam, że przemieszamy się - Kasia z Sashą, a ja z Inną, tak aby nie było problemu językowego i podjadą z nami ok. 130km do pierwszego większego miasta w stronę granicy mołdawsko-ukraińskiej - Balti.
Faktycznie, z nimi autostop w Mołdawii wydaje się banalny... ;). I strasznie fajnie, że mogliśmy razem postopować... udało się nawet przejechać za darmo... marszrutką! :)
Ciężko nam było się rozstać z tak niesamowitymi i wspaniałymi ludźmi...
Z Balti do granicy - kolejne ok. 120km - przejechaliśmy marszrutką, która kosztowała nas w sumie ok. 5$.
Najlepsze, że całą drogę stresowaliśmy się czy nas ktoś tu nie chce wykiwać ;), bo przesiadaliśmy się z jednej marszrutki do drugiej, raz za tyle pieniędzy, za chwilę okazywało się, że za więcej i w ogóle wszystko to takie szemrane było. A na koniec niedaleko granicy, przesadzono nas na dodatek w taksówkę do granicy, za którą zapłacił kierowca marszrutki ;).
Granica mołdawsko-ukraińska, jak koniec świata. Późno (ok. 22:00), zimno, ciemno...
Przez ok. 40 minut, w trakcie których chcieliśmy zacząć łapać stopa przejechało jedno auto, w przeciwnym kierunku. Aż... nagle... podszedł do nas Pan i po angielsku (!) powiedział, że on rano jedzie do Lwowa, i że jeśli chcemy to możemy spać u niego w aucie.
Jakże niesamowity i wspaniały to był człowiek!
Siedzieliśmy więc nocą, pośrodku niczego, słuchając w ciężarówce rosyjskiego rocka i pijąc wino, które pić musieliśmy - bo Pan powiedział, że albo napijemy się z nim mołdawskiego wina, albo będziemy spać na dworze ;) (w żartach, oczywiście).
Rano Pan wysłał nas po herbatę, zrobił śniadanie i gdy powiedzieliśmy, że nie jemy mięsa, podsumował:

- nie palicie, nie pijecie, nie jecie mięsa.... oj, nie za dobrze...

Przejechaliśmy razem Ukrainę, aż do Lwowa. Pan nas wysadził i standardowo zaczął padać deszcz:). Nauczeni mołdawskim doświadczeniem do centrum na stopa złapaliśmy marszrutkę:).
Ze Lwowa do polskiej granicy dotarliśmy ok. 19:00.

Niby nie szło nam znowuż aż tak źle! ...Jednak trasę 76okm z Medyki do Gdańska pokonaliśmy w 19 godz. Ah!, bo wspomnieć trzeba, że skoro mieliśmy kilka dni wolnego to postanowiliśmy odwiedzić Niesamowiszczy w Trójmieście!!:).
Trasa Medyka - Rzeszów ciężko nam poszła, natomiast Rzeszów -Warszawa całkiem sprawnie. Nawet przez stolicę przejechaliśmy tranzytem. A z Warszawy do Gdańska przemieszczaliśmy się co 20 -30 km, stojąc wszędzie po troszkę. Czas mieliśmy gorszy niż za majowych mistrzostw autostopowych!
Pierwszym co spotkało nas w Gdańsku, a dokładniej, gdy wysiedliśmy z SKM na Oliwie, był uśmiechający się już z daleka znajomy Beaty. Michał, zdziwiony co my tu robimy i czy czasem nie szukamy ich domu [tzn. Łukasza i jego]. Wyglądaliśmy co prawda na troszkę zagubionych, ale to dlatego, że szukaliśmy soczewicy, by przygotować zupę soczewicową. Jak się jednak okazało w Gdańsku o soczewicę trudno.

Gdy już się odnaleźliśmy z Beatą i zaniechaliśmy zakupu soczewicy zrobiliśmy malutkie warzywne zakupy na zupę z soczewicy bez soczewicy:D.
Wspólnymi siłami wyszła nam najlepsza zupa na świecie!!

Przygotowanie najlepszej na świecie zupy, krojenie i takie tam :)

Konsumpcja najlepszej na świecie zupy;)


Pomimo nieprzespanych 32 godzin, nie byliśmy w stanie zrezygnować z towarzystwa Beaty i Łukasza, bo to właśnie do nich jechaliśmy te 19 godzin z granicy [z czego nas Beata oczywiście wyśmiała - to znaczy, z 19 godz., a nie z tego że do nich]. Wybraliśmy się na spacer po starej Oliwie. Miejsce niesamowite, zupełnie inne od nowoczesnego centrum Gdańska. Stare budownictwo, brukowane uliczki, magiczny park z wodospadem. A późnym wieczorem obejrzeliśmy "Hair" - i, odziwo, my po nieprzespanych 40 godzinach wytrwaliśmy, a usnęła Beata;). Następnego dnia wybraliśmy się na wykłady o schizofrenii - o ludziach bardziej wrażliwych od reszty społeczeństwa. Najpierw została schizofrenia przedstawiona ogólnie przez panią Mariolę Bidzan, a następnie swój wykład miała Arnhild Lauveng - norweszka, która była chora na schizofrenię, udało jej się chorobę przezwyciężyć i od 15 lat żyje bez leków. Jako psycholog pomaga innym ludziom zmagać się z tym problemem.
Wieczorem poznaliśmy Fantastyczną znajomą Beaty - Kingę, u której zresztą spędziliśmy następną noc. Kinia jest tak niesamowicie pozytywna, uśmiech nie schodził jej z twarzy przez cały wieczór, no i oczywiście mołdawski koralik na dreda od razu zmienił właściciela!! Gdy przyszły do Kingi jeszcze Magda- Świeczka - i Beata nie mogliśmy przestać rozmawiać... każdy chciał o wszystkim opowiedzieć, każdy chciał każdego słuchać, a przecież mieliśmy iść na plażę napić się herbaty. Kinia zaparzyła suszony tymianek, który przywiozła ze słowackiej ekowioski, gdzie spędziła część swoich wakacji.
Wybraliśmy się na Kamienną Górę w Gdyni, skąd rozpościerał się widok na Gdynię właśnie :), a później na plażę i w ostateczności herbatę tymiankową wypiliśmy, nieustannie rozmawiając i ciesząc się swoim towarzystwem. Chłonąc niesamowitą, magiczną, pozytywną energię od dziewcząt, na Skwerze Kościuszki tuż obok Błyskawicy [bezcenna pamiątka narodowa, jedyny ocalały okręt zbudowany przed II wojną światową przyp. red.].
Dzień później pobudka miała być o 6, co w rzeczywistości z niewiadomych powodów przesunęło się na 7.00 i niestety były to już ostatnie chwile naszego pobytu w Trójmieście. Uściskaliśmy Kingę na "dowidzenia" - do zobaczenia za 2 dni we Wro na wegańskim weekendzie. Wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu.
Nasiąknięci niesamowitą pozytywną energią. Zainspirowani Kingowymi opowiadaniami o ekowiosce i po prostu najnormalniej w świecie radośni, szczęśliwi i zakochani wróciliśmy...
I stan ten będzie się utrzymywał,oj będzie...




Beata (po prawej) i Nigdynieprzestającasięuśmiechać Kinga (po lewej)


Na gdyńskiej plaży







Dla chętnych:D

Przepis na zupę:
  • pół włoskiej kapusty drobno pokrojonej
  • kilka marchwi
  • piertuszka wraz z natką
  • maggi w liściach
  • rozdrobnione pomidory z puszki wraz z zalewą
  • 2 garście majeranku
  • odrobina chilli
  • 2 ziemniaki drobno pokrojone
  • podsmażony por i cebula
  • sól do smaku
  • sok z połowy cytryny i otarta skórka z tej samej cytryny
  • 8 rąk do pracy
  • przyjaźń i pozytywna energia!
SMACZNEGO!!



A to my! :)

20-11-2009

nowy adres

kasiaiprzemo.com

17-11-2009

PL

10-11-2009

MD

08-11-2009

nic już nie wiem

Mieliśmy jechać do Hiszpanii. Zaplanowane od miesiąca.
Mamy hosta w Valencii, ale nie mamy w Barcelonie.
I tak nam się pomysł zrodził.
Odpuścić ten samolot, tą Hiszpanię... i na stopa gdzieś! Do Bośni... i tak chodzimy od rana (samolot mieliśmy mieć o 20.25 do Girony) i nie wiemy. Lećmy do Hiszpanii... albo nie, no jedźmy na stopa gdzieś... na Ukrainę! Nie, do Chorwacji! A może do Estonii... A może do Francji? I wróćmy samolotem... albo jednak do Bośni! Kupimy śpiwory z komfortem zimowym i weźmiemy namiot!
Hm... w Hiszpanii ciepło... miło... Dobra! Postanowione lecimy do Hiszpanii.

20 minut później...

A może jednak pojedźmy na stopa do tej Bośni... tam niesamowicie jest... No dobra. Koniec, decyzja. Do Bośni.

Kurcze... ale pomyśl, plaża, słońce... Hiszpania?

A popatrz, mamy samolot jutro o 11.45 (kupiliśmy kilkanaście, jak była promocja: bilet za 1 grosz) do Frankfurtu... stamtąd blisko do Paryża.

Już boli nas głowa od myślenia nad tym cały dzień ;).
W każdym razie do Hiszpanii już nie polecimy (chyba, że pojedziemy na stopa z Frankfurtu :D), bo nawet jakbyśmy bardzo chcieli, na samolot już nie zdążymy :).
Gorzej, bo chcemy zabrać namiot i nie wiemy czy nam go przepuszczą jako bagaż podręczny.

No nic. W sumie to jeszcze nic do końca nie wiadomo. Co, jak i gdzie?
O tym już w kolejnym odcinku, którego sami nie możemy się doczekać:D.
...a jeszcze mamy kilka biletów lotniczych w rękawie :p.

22-10-2009

tępo, tempo,

Czas się rozpędził. I leci. Przegania nas, w naszej nieświadomości. Dopiero co mieliśmy gości z Krakowa, raptem kilka dni temu... a to już prawie miesiąc! Dopiero świeciło słońce, było ciepło, zielono. A tu przyszło nam z szafy wyciągać zimowe ciuchy, łapać katar od zimna, wiatru i deszczu, o 17.00 witać zachód słońca.
I nie wiemy kiedy, zupełnie, mijają kolejne dni, tygodnie, miesiące.
I czasami za szybko, przeciekną przez palce dni spędzone w pracy, kiedy widzimy się w zasadzie tylko wieczorami.
Studia wrzucają trochę radości, choć ciężko stwierdzić czy to konkretnie z edukacji płynie, czy z faktu, że całe te dni w szkole spędzamy ze sobą... :).
Tylko jesień w tym roku zawodzi. Zeszłoroczna wiała pozytywem. Leżeliśmy w słońcu, pod błękitnym niebem, w liściach o wszystkich kolorach świata. Jesień była miła. Taka przyjazna, ciepła, serdeczna.
Teraz jest wszystko na opak. Zamiast słońca pada deszcz, zamiast błękitu szare chmury, a na liściach to się można co najwyżej poślizgnąć. Chłód.
I tak zastanawiamy się, co to z tym czasem dalej będzie. Zapewne, ani się nie obejrzymy, a już będziemy jeździć na łyżwach, moment później zaczną błyskać fajerwerki, a kilka chwil dalej wszystko znów zacznie zielenieć :).
Okazuje się, że i my, z czasem, zbliżamy się do siebie jeszcze bardziej. Pomimo, iż wydaje się, że bardziej już się nie da. Przenikamy w nas jeszcze mocniej, odsłaniamy nowe przestrzenie siebie, odkrywamy jeszcze bardziej to, co niewidoczne. I to jest niesamowite, jak z dnia na dzień... co raz bardziej i bardziej, mimo, iż zdaje się, że już mocniej się nie da. Nie możemy bez siebie żyć. Tęsknimy, do siebie, bo w zasadzie ciągle razem, ale chwilami mało tego czasu tylko dla nas zostaje.
A jak już tak jesteśmy przy czasie, to za dwa tygodnie - w końcu - znajdzie się chwilka na oddech. Barcelona... hiszpańskie parę dni :). Gorzej, bo jeszcze nie wiemy gdzie będziemy spać... :p. I czy w ogóle będzie gdzie :p.
A Przemo nauczył się obsługi wiertarki :D. Dzięki czemu mamy teraz unikalny zegar jak wszyscy:).
I mamy nowy materac do spania! W końcu! Taaaki wygodny! I z super przyjemną pościelą! Także teraz, wolne chwile spędzamy w łóżku :p.

16-09-2009

takie tam te i tamte

Zaległości sierpniowo - wrześniowe :D.
Taki tu miesiąc minął kolejny - a nawet ponad - od naszego woodstockowego wypadu.
Flaga z literówką pomazana sprayami wisi teraz u nas w domu, puszka lecha woodstockowego stoi na regale, a koszulki się noszą na nas:).
Z rzeczy bieżących, to wydajemy majątek na lody :D. Tzn. teraz już nie, bo się zrobiło zimniej ostatnio i jakoś dodatkowy przypływ chłodu nie jest nam wskazany, ale cały sierpień to... pozwoliliśmy sobie, w ramach wakacji ;).
Kasia zajmuje się ostatnio ciągle graniem w Simsy 3 i mnie zaniedbuje (aj no, żartuję :p).
A w sierpniu to pływaliśmy na basenaaaaaach... i wyławialiśmy skarby:).
Byliśmy w zooooooooo......


I nawet nad mooooorzeem...

to mewy

a to my :D

I odwiedziła nas Ewa, Kasiowa kuzynka. Pozwiedzaliśmy sobie więc znów Wrocław :D.


Jesteśmy studentami dziennikarstwa:D. Razem:D

Mamy więcej dreadów :D


I jeszcze jedna nowinka:

(%#U$@%U@(#$KF(K(K@()#$#@$()%@(#$%U#(
(#$@(#$%U#$%U@($)^U@#$()^U#$(
($#%U#@($P^U@(%&_$U$%_U@_%^U@#$(_%U
@#($^@U#$^@)%^U$)%^U#%$)#%U@#$()%U@#$%(#U

Jeśli nie możesz przeczytać tekstu powyżej to znaczy, iż jest on dla Ciebie zakodowany.
Tylko nieliczni mogą przeczytać odkodowany tekst.

A kodowanie występuje, ponieważ to taka super duża nowinka i jeszcze (prawie) nikt o niej nie wie :D. Wkrótce więcej info ;).

A....... dziś kupiliśmy bilet na samolot! Z Barcelony (Girony, konkretniej) do Wrocławia. Dwa, za 2 euro ;). Także, być może jakiś zachodnioeuropejski autostop się wydarzy, w okolicach moich urodzin:).

Czytajcie Darię i Tomka, od nas z linków! :)

05-08-2009

przed i po woodstokowe wspomnienia :)

Jakiś taki mam lęk przed pisaniem ... jak robi to Przemo to notki są niesamowite i oddają co mają oddawać, a ja tak chyba nie potrafię :(
Wracając do tematu, jak pisaliśmy wcześniej mieliśmy gościć ludzi z Portugalii, Białorusi i Białegostoku. Zamiast takiej mieszanki narodowej gościliśmy dziewczyny z Zielonej Góry i niesamowiszcza!
Beata z Łukaszem zawitali u nas pod domem już o 5 rano. A dziewczyny dojechały pociągiem około 11.
Ale skąd u nas Beata i Łukasz?? ... no w sumie to wracali z Holandii i Francji i chcieli nas zobaczyć jeszcze przed woodstockiem. Bo zaraz po wyjeżdżają daleko daleko... :) I nie wiadomo kiedy znów się zobaczymy....
Z niesamowiszczami, kiedy nie spali :) spędziliśmy kilka godzin (w sumie to ja bo Przema praca wzywała) rozmawiając, opowiadając i ciesząc się, a później wzięli i pojechali dalej ... do stolicy wizy załatwiać :).
A ja z dziewczynami Justyną i Gosią łaziłam po mieście pokazując im moje ulubione najpiękniejsze zakamarki. Na co dzień idąc tą samą drogą nie dostrzegam tak tego piękna jak pokazując je komuś. I cały czas na nowo zakochuję się we Wrocławiu.
Po całodziennym spacerze przez Stare Miasto i Ostrów Tumski, wchodzeniu i schodzeniu z wieży przy kościele garnizonowym zasiedliśmy przy piwie w Spiżu. Lepiej było by napisać, że jedni zasiedli przy piwie, a inni przy wodzie. Ale no cóż, nie jest to istotne :D.
Mam nadzieję, że dziewczynom się podobało. Bo nam bardzo się podobała rola hostów :).

A kilka dni później, ciut ku mojemu zaskoczeniu wyjechaliśmy na woodstock (weekend mój jest zawsze kiedy indziej niż przemowy i mieszają mi się przez to dni.. tygodnie - i cały czas myślałam, że to jeszcze tydzień wcześniej).
Stop nam poszedł gładziutko... Wrocław - Kostrzyn jednym autkiem z ponad godzinnym postojem w Gorzowie. Ale dojechaliśmy :), rozbiliśmy się gdziebądź bo następnego dnia i tak przyjeżdżają niesamowiszcza, to przeprowadzimy się później do nich.
Po dwukrotnej zmianie miejsc zamieszkaliśmy w końcu w wiosce wege wraz z Beatą i Łukaszem drzwi w drzwi :D.

A Woodstock? Woodstock był niesamowity! 4 na maxa kolorowe dni. I musimy pojechać za rok. Bez względu na nic!!
Co prawda udało nam się być tylko na jednym koncercie, ale tak naprawdę tylko Świadomość jakoś szczególnie nas interesowała. 3 dni świetnego jedzenia u Krishnowców - może i było ciut monotonne, ale i tak po powrocie pierwszą rzeczą na jaką mieliśmy ochotę był ryż z wegetariańskim gulaszem i halava. Tak, na nią mamy największą ochotę. Halava to prażona kaszka manna gotowana z owocami i karmelem NA MAXA SŁODKA! Ale taka w końcu ma być :)

AH! no i oddawaliśmy z Łukaszem krew! Razem z naszą na Woodstocku zebrano 1.188 litrów krwi. Oddało ją 2.376 osób w tym i MY!

fot. Kasia Rozko

I ja i Łukasz krew oddajemy

Z literówką ale byliśmy!

Hare Krishna

Glinoludy

Pokój Miłość i Muzyka!



A wczoraj jechaliśmy do Nysy i po drodze w jakiejś mieścinie natrafiliśmy na NAJLEPSZE LODY NA ŚWIECIE. Była to taka malutka niepozorna rodzinna lodziarnia:), gałka kosztowała 1.2zł, wyglądała jak 2 od Grycana a lody no... jesteśmy pod wrażeniem ich smaku i śmiało można było by o nich powiedzieć, że były aksamitne. Takie łechcące podniebienie. Musimy tam się jeszcze kiedyś wybrać!
opsa!

20-07-2009

Ostatnimi czasy... :)

Co tam się u nas dzieje... ;)
Na początku lipca wybraliśmy się na festiwal 'Reggae na piaskach" do Ostrowa Wielkopolskiego... miło o tyle, że nad samym jeziorem i dopisała pogoda :), a co lepsze nie skorzystaliśmy, bo część z nas zapomniała stroju kąpielowego ;p. Żeby było jeszcze śmieszniej, pierwszego dnia miało wystąpić 5 zespołów - dwa pierwsze nam średnio podeszły i poszliśmy odpocząć do namiotu, wcześniej spalając kilka buszków z fajki wodnej z nowo poznanymi ludźmi, po raz kolejny przekonując się, że z każdej fajki pali się dobrze, ale z naszej..... najgorzej;). No i położyliśmy się między koncertami na chwilkę żeby odpocząć, przytuliliśmy się i było tak miło że... przespaliśmy pozostałe 3 zespoły i obudziliśmy się generalnie o 8 rano :D.
Drugiego dnia pogoda nam się troszkę popsuła, ale nie zmieniło to nam humorów, szczególnie, że można było odbywać miłe spacerki do sklepu (ok. 2km), w którym jak się okazało sprzedawali najlepszy chleb na świecie! Aż wzięliśmy sobie na później, schowaliśmy do plecaka i znaleźliśmy po tygodniu :D, przypadkiem oczywiście. Drugiego dnia odbywał się konkurs młodych zespołów, który wygrało Pajujo, bezsprzecznie zresztą... grali na samym końcu, ale czekać było warto :), nawet pomimo tego, że później do miasta musieliśmy "pójść z buta", co wyszło nam na dobre, bo zamiast miejskiego autobusu złapaliśmy stopa prosto na wylotówkę ;). We Wrocławiu wylądowaliśmy sobie dosyć późno, poszliśmy spać ok. 3:00, a niektórzy z nas o 6 wstawali do pracy ;), ale było fajnie:).



na piaskach:)


Kasia


Przemo


reggae na piaskach


stop-py

Tydzień później 'z zaskoczenia' pojechaliśmy na Konopians do Namysłowa. A ja w przemoczonych butach (z woreczkami pomiędzy skarpetkami :D), bo... dnia tego, odkąd słońce wyszło zza horyzontu żadnej chmurki na niebie nie było widać. Było słonecznie, ciepło, miło i bezpiecznie ;). I wówczas, kiedy przyszła godzina 13:00 i przyszło jechać do domu jak to w zwyczaju mam na rowerze zaczęło się chmurzyć i grzmieć. Pewny siebie jednak, że zdążę/przejdzie bokiem/pokropi wyjechałem na rowerze z firmy i po przejechaniu 15m zaczęło kropić. Miałem nawet chwilę zastanowienia czy nie wrócić i nie przeczekać, no ale... co mi tam :). I po przejechaniu kolejnych 200 metrów, pod górę zresztą, zaczęło się. Krople wielkości niemalże piłeczek ping-pongowych, niesamowity wiatr i potężne oberwanie chmury. Jak monsun! Minuta wystarczyła żeby przemoczyć mnie od stóp do głów do ostatniej suchej skrytej nitki. Jakbym do basenu wskoczył, przepłynął nurkując 25m po czym wskoczył na rower, jakby to jakiś triathlon był ;). I! Odziwo! Było to niesamowicie przyjemne uczucie! Znaleźć się w ciepły dzień pod taką nawałnicą, czuć jak wszystko po mnie płynie, jak krople ściekają mi po nosie do ust i generalnie, są wszędzie. I było to przyjemne, czuć, że kompletnie mi to nie przeszkadza, uczucie przyjemnej wolności - a to dlatego, że Ci którzy mnie znają wiedzą iż deszczu i wilgosci na ciele nie znoszę bardziej niż czegokolwiek... sam siebie zaskoczyłem, jadąc tak i się uśmiechając... :). W momencie kiedy dojechałem do domu przestało padać i wyszło słońce. I niech ktoś powie, że to nie był deszcz dla mnie :).


Ale wróćmy do tego Namysłowa. Dotarliśmy na stopa bez większych problemów, po drodze jadąc nawet z naszymi Czeskimi sąsiadami i mogąc pochwalić się znanym po Czesku słowem, które pozwoliło nam wysiąść tam gdzie chcieliśmy - Zastavka (jeździło się praskimi tramwajami!). Powłóczyliśmy się trochę po Namysłowie i nawet wstąpiliśmy do pizzerii, co jest o tyle istotne, że Kasia odkryła coś czego bardzo długo szukała... a dokładniej, nasz regał niedługo pomalowany będzie na coś, wzorem tego:


I nie będzie to pierwsze upiększające u nas dzieło, bo póki co nasz przedpokój wygląda tak (a to dopiero początek!):


Po zwiedzeniu, niewielkiego bądź co bądź Namysłowa w końcu udaliśmy się do Odzysk Pub'u...


Trzeba nadmienić, że był to dzień otwarcia ów pub'u, z tej okazji właśnie te koncerty. Idzie za tym bardzo wiele :D. Było jasno i klimatycznie jak... w biurze :). Nie leciała żadna muzyka, "lane piwo dopiero w poniedziałek" i ten koszmarny zespół przed Konopians! :D, który upił się niezliczoną ilością piwa, że "wokalista" (wokalista??) ledwo stał na nogach ;) a oni ryczeli do tych mikrofonów przez ponad dwie godziny... co było naprawdę trudne do zniesienia dla naszch uszu...

- a o której zagra Konopians?
- koło 20.00 powinni...

20:45:

- o której zagra Konopians?
- spokojnie, dopiero się rozkręca, koło 22.00 powinni

Zaczęli o 23:30 :D. A my musieliśmy sobie pójść w połowie, bo Kasia się stresowała, że nie zdąży na 6.00 do pracy :D. Ale ogólnie było sympatycznie :), a wyjazd na Konopians ma jeszcze inne plusy. Chociażby to, że w drodze na wrocławską wylotówke, wstępując do biedronki po bułki z jogurtem ;) staliśmy się nabywcami biedronkowych hamaków ;). Co daje nam niemało radości, bo kto nie lubi leżeć na hamaku :D, nawet jeżeli jest to tylko balkon (a zdążyliśmy już złamać drzewo wiśniowe na dziadka działce :D):


Nie wyszło nam niestety sprowadzenie towarzystwa dla naszego niewidomego kotka. Rodzice Kasi oddali nam na trzydniowe przechowanie, małego trzymiesięcznego koteczka, ale chyba się nie polubiły, bo jak jeden wszedł na drogę drugiego, to na siebie syczały, prychały i generalnie było agresywnie ;), chociaż chwilkę później nauczyły się nie wchodzić sobie za bardzo w drogę i nawet spały w jednym pomieszczeniu - nasz kot na naszym łóżku, a mały na krześle ;). A mały zdążył nawet obsikać nam nowe poduszki (których dwanaście kupiliśmy :p) i trzy musiały wylądować w pralce, niemal zaraz po rozpakowaniu ;).

Kino, które lubimy. Ostatnio nie bywaliśmy często, ale trafiliśmy na Noc Kina w Multikinie, gdzie obejrzeliśmy trzy... średnie filmy :D, ponieważ wszystkie dobre, już mieliśmy okazję obejrzeć wcześniej ;). A trzy dni temu byliśmy na 'Public Enemies', który mi się podobał, a Kasia w połowie usnęła i musiałem ją uciszać, żeby nie chrapała :D. Na dodatek teraz żałuje, że przegapiła i mi karze go z internetu ściągnąć;).
W piątek znów idziemy na jakiś maraton filmowy, ale nawet nie wiemy jakie filmy grają ;).

Poza tym pogoda ciągle robi nam na złość ;). W tygodniu kiedy tacy jesteśmy zapracowani ;) jest po 30 stopni, bezchmurnie, słońce i w ogóle, a przychodzi weekend i zaczyna padać. No jak tak może być? Żądamy słońca w weekendy! Albo przynajmniej jutro i pojutrze :).

A dziś będziemy mieć couchsurfingowych gości z Białorusi!:) Tzn. powinniśmy mieć, o ile przyjadą :D. A za trzy dni z Portugalii! A za 5 dni... z Białegostoku ;).

A w ramach zdawania relacji z pogody - u nas miło wpada słońce przez okno, że aż chce się chodzić i uśmiechać... :)


...to ja idę się pouśmiechać do książki na hamaku.

Do zobaczenia za 11 dni na woodstocku!

08-06-2009

z jeszcze innej beczki

Kilka osób zwróciło nam uwagę ;p, że nasz irański film przestał działać.
Póki co więc, oglądać go można tutaj:





No i tamte inne pod TYM linkiem ;).
A były (i są) dostępne cały czas pod linkami z prawej strony ;p.

A tak poza tym to nic się u nas wielkiego nie dzieje, żadnych rewolucji, wyjazdów, a na dodatek prawdopodobnie wakacje spędzimy w pracy...... a miał być Laos, Wietnam... hę?
Jakoś chwilowo nasza beztroska zniknęła i przybyło obowiązków, a od października jeszcze przybędzie. Taki sprawdzian, że to o to chodzi żeby przetrwać najgorsze czasy... ale Jarek mówi, że MY damy radę bez problemu, więc... będziemy uśmiechać się do słońca :). Choćby NIEWIEMCO!


A dziś minął rok od założenia naszego bloga! ;)

15-05-2009

z innej beczki

...bo ile może naprodukować brudnych naczyń dwójka osób? Zapewne niewiele. Ile może naprodukować Kasia i Przemo?

po zmywaniu:


uff.......

2 dni później:


ps: zdjęcia nie oddają ogromu zmywania;);)

No, to do garów:D

04-05-2009

MMA 2009 - niesamowite wydarzenie!

Ile zależy od chwili, przypadku i szczęścia :) by znaleźć się pierwszym na mecie.
Nam się to w tym roku nie udało. Byliśmy za to pierwsi na starcie, starowaliśmy z numerkiem jeden! :)
Zajęliśmy piękne 31 miejsce na około 150 par. Ale nie miejsce było najważniejsze podczas mistrzostw, ale atmosfera jaka panowała już od startu.

Do Lwowa dojechaliśmy 10 stopami z czego 3 były naprawdę niesamowite w swoim rodzaju no i jechaliśmy 24h co niektórzy uważają za dobry czas, chociaż nam się on nie do końca podoba ;).
Ale zacznijmy od początku :)

Mieliśmy taki plan by całą środę i noc ze środy na czwartek nie spać, położyć się w czwartek w dzień i spać do oporu i na noc z 31/1 wyjechać żeby być jak najdłużej wyspanym.
Jednak troszkę inaczej się nam to spanko poukładało i spaliśmy w czwartek do południa i wyjechaliśmy około 19. W Sopocie na starcie byliśmy oczywiście pierwsi po kompletnie nie przespanej nocy z założeniem, że pośpimy w poczekalni lub przed budynkiem. [aha]
Rejestracja o 7.00 i start po 12.
Na ten pierwszy samochód w Gdańsku przyszło nam chwilę dłuższa poczekać, na kilka kolejnych z resztą też ale jakoś się potoczyło i od Olsztynka kolejne stopy jeden za drugim opsa dowiozły nas bez problemu do Piasek.
Podobno główna droga na Zamość, a tu Ci jedna lampa świeci... droga jakaś taka w trakcie remontu, szeroka na jedno auto, drewniana... nikogo nie ma... nic nie jeździ, dalej tez żadnej nawet najmniejszej łuny od jakiejś drogi i ogólnie mrok:).
Nagle... taaak jedzie auto, wystawiamy kciuka i co? Auto się zatrzymuje!! My podbiegamy zaaferowani, a w tym czasie wysiadają z niego dziewczyny i mówią że one tu wysiadają [mówię, że to dobrze, bo my możemy jechać z Panem dalej jak wysiadają ;);) - byle by stąd pojechać jak najdalej, ale jak się okazuje kierowca jedzie gdzieś zupełnie indziej i nie nasz kierunek]. Nic to, pozostało nam tam stać tym razem we 4 pod jedną lampą :).
Rzadko coś przejeżdża - czasem zwalnia na nasz widok, czasem myknie uwalniając się z drewnianego pomostu. Po jakimś czasie nadjeżdża TIR z tabliczką ADR i zaczynam prawić Przemowi wykład, że on to się nam nie zatrzyma, bo takie TIR-y z ADR to nie mogą, bo papiery, tamto siamto i mi kiedyś kierowca o tym opowiadał. A TIR w tym samym momencie się zatrzymuje:). Podbiegam do drzwi i zaczynam rozmawiać z kierowcą. On coś tam mówi, że niewolno mu nikogo, ja że wiem ale to wyjątkowa sytuacja Mistrzostwa! jest nas 4, deszcz pada, jest ciemno. Zabrał nas!! Wszystkich:) O_O
W Zamościu podobna sytuacja! jedzie TIR zatrzymuje się, akurat kiedy w 4 rozkładamy sobie jedzonko na chodniku i planujemy piknik. Tym razem dziewczyny biegną pogadać. I co? znów siedzimy we 4 w tirze, razem z tym jedzeniem, pastą z dyni w kubeczku i piknik z chodnika przeniosi się do ciężarówki ;);).
Dojeżdżamy takim sposobem 20 km od granicy. Jest godzina 2 w nocy, jest to nasza druga noc bez snu- się trzymamy :)
Z Beatą i Jagną mamy kontakt sms'owy, więc dowiadujemy się, że jesteśmy dobre 200km przed nimi. Godziny mijają, bo w Bełcie (Bełżcu, jak kto woli) stop nie za bardzo nam wychodzi i odległość się zmniejsza... w pewnej sekundzie jest równa 0, a następnie szybciutko znów się zwiększa tym razem na naszą niekorzyść ;).
Tym razem utknęliśmy w 3 pary :). 4 para pojechała chwile po tym jak przyjechaliśmy.
Decydujemy z dziewczynami, że i tak nie mamy szans złapać nic stojąc w 4 osoby, więc rozstawiamy się na drodze co kilkadziesiąt metrów. Ekstra sytuacja! Jedzie auto.. zauważa nas! [stoimy pierwsi] zaczyna hamować mija dziewczęta i zatrzymuje się przy 3 parze:).
To dobrze! One stały w tym miejscu już kilka dobrych godzin zdążyły się przespać i pewnie jeszcze by długo postały.
Po dłuższym czasie kiedy to zarówno Jagna jak i Beata znalazły się już na Ukrainie a my wciąż te 20 km przed postanawiamy iść na piechotkę :) Idziemy i idziemy i idziemy łapiąc coraz częściej pojawiające się na drodze auta [godzina 6:00], aż w końcu zatrzymuje się dla nas auto! Upragnionym autem, transportem, stopem... okazuje się czerwony maluszek bez przedniego siedzenia :)! Dziewczyny poszły przodem i zostały zgarnięte przez kierowcę, który coś tam do nas machał ale sam niewiedziałco. Na granicy pojawiliśmy się w tym samym czasie + do tego jeszcze 2 dziewczyny.
Pieszo się nie da... trzeba coś złapać...
Nic nie jedzie, a jak już coś przejeżdża jest to jakiś tam sobie gość, który mimo ze ma 4 siedzenia wolne albo udaje że nas nie widzi albo kręci przecząco głową tak jak by miał cały samochód już wypełniony po brzegi... raz przejechał jakiś ksiądz nieczuły (!). W końcu podjeżdżają dwa ukraińskie żuczki. Beata podchodzi do pierwszego kierowcy i zaczyna opowiadać- a że to mistrzostwa, wyścigi, że nas tylko 4, a oni mają tyle miejsca. Chwila zastanowienia... i kierowca mówi, że dobrze, że nas zawiezie do Lwowa, ale żebyśmy wzięli na siebie "chołodylnie" (czy coś) - i takim to sposobem znaleźliśmy się o 12 w południe czasu polskiego na mecie Grand Resort.

A tam na miejscu cała masa niesamowitych ludzi, którzy przyjechali od nas wcześniej (albo później), również mając różne niesamowite przygody po drodze i świetnie spędziliśmy wieczór:).

Przetestowaliśmy nasz nowiuśki namiot [po 3 dniach i 2 nocach bez snu]! Jest genialny!! Rozkłada się go naprawdę szybciutko i jest ogromny, przeogromny! [Przemo mieści się bez podwijania nóg!! ;p]

A rano wyruszyliśmy w stronę domu. 16 godzin i myk jesteśmy we Wrocławiu!
Trasa Lwów - Wrocław w listopadzie zajęła nam 15 godzin, więc czas jest porównywalny... Ale wtedy nie widzieliśmy na drodze żadnych innych autostopowiczów, a wczoraj było to 5 par.
No i niezliczona ilość par stopujących w stronę Lwowa. Niezapomniany widok.

A teraz to chcieli byśmy podziękować raz jeszcze Wojtkowi, z którym spędziliśmy niesamowity czas jadąc ze stolicy do Lublina i który przywiózł nam Przemowy tel - taki stopowy standard - zgubiony telefon!
Pozdrowić dziewczyny Beatę i Karolinę bez których jazda w 4 osoby w tirze niebyła by możliwa i przy których wcale a wcale nie czuliśmy naszego zmęczenia takiego jakim było. Nasze Kochane 2 NIESAMOWISZCZE!! za znajomości z leśniczymi z każdego nadleśnictwa w północnej Polsce ;p
No i Jagienkę z Łukaszem za to, że byli, że wystartowali i dojechali na metę przed nami - i to nic że się obrazili na organizatorów za źle oznakowaną mapę :D


Opsa!:)

:)

Number one!


Niesamowiszcza na Starcie


Przed nami 2 pary za nami 2 pary


Jagna & Łukasz regeneracja sił


wieczór:)

Nasz namiocik w kolorze zieleni tymiankowej


Reszta zdjęć -> TUTAJ :).

30-04-2009

międzynarodowe mistrzostwa autostopowe:)


Jutro wyruszamy w stronę miło kojarzącego się nam 3-city:) W sumie to już dzisiaj. I nowy namiot przetestujemy! Opsa:)

16-04-2009

kolosy

Kupiliśmy jajko niespodziankę:)... no i masz. Beata nie dostała, a my dostaliśmy.

14-04-2009

wielkanoc



Przemo: Ale Karolciu, jak chcesz to możesz iść do domu, nie musisz z nami iść.
Kasia: No właśnie, my tylko będziemy spacerować i gadać bzdury, wiesz?
Karolcia (lat 10): To dobrze, ja chcę z Wami iść!
Kasia: No dobra, to idziemy i gadamy bzdury, Ty zaczynasz - mów jakąś bzdurę.
Karolcia (lat 10): Noszę męską bieliznę.

08-04-2009

tytuł zawsze musi być! :)

W piekarniku ciasto, w zamrażarce lody malinowe, a w słoiku mleko ryżowe. Wszystko wegańskie!
Ogłosiliśmy kwiecień miesiącem wegańskim. I nam wychodzi :)
Spędzamy może ciut więcej czasu przyglądając się dokładnie każdemu produktowi i badając jego skład, wypytując sprzedawczynie, ale pobudza nas to również do kreatywności w kuchni.
Przemowa nowość Viosna mix [przepis dostępny na puszka.pl :D ] jest po prostu boska! rewelacyjna niepowtarzalna!!
Nie możemy tylko zrozumieć, a może bardziej bawi nas płytkie myślenie niektórych ludzi.

Ostatnio spotkaliśmy się z czymś takim.
Gdy oznajmiliśmy mamie że jemy w tym miesiącu tylko warzywa jej będąca w pobliżu koleżanka
z wielkim zdziwieniem okrzyknęła z przerażeniem.... ALE JAK TO ?? Przez cały miesiąc? ja rozumiem kilka dni.. ale nie cały miesiąc!! Kasia jak chcesz się odchudzać musisz wybrać jakąś zrównoważoną dietę ALE NIE SAME WARZYWA!!!!!!
[dobra ja rozumiem jak byśmy powiedzieli "w tym miesiącu jemy same chipsy", Ah! no i to nie koniec wywodu mamy koleżanki... zaczęła coś jeszcze opowiadać o jakiejś kobiecie co piła za dużo wody mineralnej i dostała od tego padaczki...]
Kasia ja rozumiem że nie jecie mięsa ale musisz jeść takie rzeczy jak: soja, ciecierzyca i inne..
[a to co? zwierzyna??? ]
A nie, zjesz marcheweczkę i myślisz, że schudniesz... [przecież się nie odchudzam]
No dobrze... w takim razie skoro nie chcesz schudnąć to po co jecie w tym miesiącu same warzywa? - dla urozmaicenia :) [i tak by nie dotarło z jakiego powodu jemy same warzywa].

Potem było coś jeszcze o ziemistości mojej skóry [zima była]. To że minuta solarium kosztuje 70 groszy jeszcze nie znaczy, że w te pędy będę się poddawać za własne pieniądze sztucznemu promieniowaniu i narażać moją cerę na szybsze starzenie. A może powinnam efekt braku słońca na niebie przez 5 miesięcy ukryć pod grubą warstwą podkładu, najlepiej źle dobranego by moja twarz wyglądała jak bym nie jadła nic innego jak tylko marchewkę.
Raczej nie.

A ten brak słońca przez 5 miesięcy nadrabia teraz. :)
5 miesięcy szarości... zimna i krótkich dni kończy się!
To wszystko jest takie niesamowite...
Trawa która wybucha zielenią, krokusy na wrocławskich skwereczkach przepychają się fioletami i żółciami. Forsycja na żywopłotach roztacza swą żółć dookoła jak słońce. Dużo Słońca!!!! Magnolie nieśmiało wypuszczające pąki... gdzieniegdzie można dostrzec u kogoś przed domem tulipanowe gromadki... wszystko zaczyna być takie kolorowe, radosne, pełne energii na całe następne 7 miesięcy kiedy to słońce na niebie będzie gościć prawie codziennie :)

Opsa dranie!! ;)

02-04-2009

Opsa


W wesołym miasteczku zawitaliśmy :)

31-03-2009

Mój MISTRZ!!!!!!

[...]
SŁOŃCE!!!!!!!!!!!!
Otwieram drzwi na taras, wychodzę i nie mogę przestać się uśmiechać :)
Na dworze jest cieplej niż w naszym gniazdeczku.

24-03-2009

3-city

Pierwszego dnia wiosny... zima. Ale to nic. Postopowaliśmy sobie do Gdańska, a ostatecznie nawet do Sopotu. Droga szybka, lekka i przyjemna - jak na Polskę przystało:) z epizodem 2 godzinnej przerwy na sen w TIRze pierwszy raz w Polsce i pierwszy raz na górnym łóżku... ;).
Dojechaliśmy na kolosy, na których miało być ciasno, tłoczno i duszno, a okazało się, że przenieśli je do nowej super dużej hali i wszyscy się ładnie pomieścili.
Opowieści, przygody i zdjęcia... tak chłonęliśmy z pasją przez 13 godzin prezentacje kolejnych ludzi, że od siedzenia mamy teraz zakwasy na pośladkach ;).
No... ale czekaliśmy szczególnie na prezentację jednej niesamowitej osóbki! I po kilku godzinach doczekaliśmy się. I była bajeczna!! Pomimo zapalających się świateł, znikających zdjęć i podobno zestresowanej tym autorki:). Prezentacja niesamowita! Taka radosna, prawdziwa i z serca! I taka magiczna... jak Beata!
Dzień później pograliśmy sobie w kręgle z rodzinką i poszliśmy obejrzeć rozdanie kolosów i nagród dla oddających głosy, ale na drugie się nie załapaliśmy, bo zapomnieliśmy zagłosować... znaczy przyszliśmy po 16.00 i już od nas nie chcieli głosów przyjąć :(.
No, a wieczór i noc mieliśmy w końcu przyjemność:) spędzić z niesamowitymi Beatą i Łukaszem... poznając przy okazji w supermarkecie pół Sahary ;).
I tacy chodzimy pouśmiechani od tego czasu, zarażeni radością i pozytywnie rozpierającą energią tej malutkiej niesamowitej osoby! (malutkiej, określenie Kasi - niższej od niej:). Po prostu magia...
A w poniedziałek pofascynowaliśmy się trójmiastem, potaplaliśmy się w Bałtyku i pograliśmy w monopol;).
A teraz właśnie zbieramy się na grób Kingi Choszcz, wyspę Sobieszewską i wieczorem na śpiew intuicyjny z Beatą:).
Co się jeszcze wydarzy w trójmieście? Nie wiemy, ale niech się dzieje:):).

Kolosy:)

Kręgle

Gwiazdy z Żabką:)

Ptaszek:)

Opsa

Słonik O_O


? :)

20-03-2009

Albanie, Mołdawie

Z racji pozostawionych w Sofji karimat wczoraj poszło kilkanaście smsów w sprawie pożyczenia karimaty. Siedząc na pizzy doszła do nas świadomość konieczności założenia plecaków na plecy, wystawionego kciuka i w trasę!
No i było duuużo pomysłów!
- odwiedźmy Natalie w Grecji!
- jedźmy do Albanii
- Moldova!! byłeś kiedyś w Mołdawii?

Postanowiliśmy pojechać do Albanii. Pożyczyliśmy karimaty :) Dojechaliśmy do domu...
i plan nam się zmienił! :) Jedźmy do Mołdawii...


Widzieliście pogodę w Mołdawii??

Także jedziemy do Gdańska na kolosy! i opowieści Beaty z Maroko posłuchamy...

13-03-2009

trzynaste piątki

...są trzynastymi piątkami.

11-03-2009

Halo halo....

Co mogło spowodować naszą ponad 20 dniową nieobecność?
Oczywiście brak internetu.

W trakcie naszej nieobecności tyle się przecież wydarzyło.

Co już wiadomo z poprzedniego posta przeprowadziliśmy się.
Teraz mamy bliżej na bielanową wylotówkę :) No i nie mieszkamy sami!
Zamieszkała z nami 10-letnia kota z wrocławskiego schroniska. Pyfczek jest ślepą kotką z kulawą prawą tylną łapką. Całymi dniami leży na kanapie i śpi. Gdy się ktoś dosiądzie do niej to mruczy... ostatnio woli nawet czesanie od głaskania, a gdy się przerwie na chwilkę tą czynność odwraca swój pyfczek w stronę czeszącego przyjmując minkę : "hej no draniu, czemu przestałeś??"
I wciąż robi postępy jeżeli chodzi o orientację w mieszkanku. Powoli przestaje siadać tyłem do nas lub centymetr przed ścianą. Domaga się towarzystwa i lubi być tam gdzie my :)
Czasem już tylko nie zdąży do kuwety, czasem poprosi by ją tam zaprowadzono, a tak to przeważnie załatwia się tam gdzie potrzeba :)
Jedyne co nas troszkę martwi to to, że dużo wymiotuje. Choć jak dziś przeczytałam na miau.pl to może być to spowodowane zbyt łapczywym jedzeniem (zwraca całe kawałki mięska).
Dziś gdy wymiotowała poszła do kuwety to zrobić, chwile późnej kazała się prowadzić znów do kuwety na siku :) odpoczęła w łazience na dywaniku z 5 min i w drodze powrotnej walnęła takiego kupala na środku korytarza że O!
Jest tak urocza, że można o niej pisać i pisać. A przecież jeszcze tyle się wydarzyło :)

Byliśmy pierwszy raz hostami. Na ostatni weekend lutego przyjechali do nas Francuzi. To strasznie niesamowite uczucie być hostem. Pochodziliśmy trochę po mieście, byliśmy w Panoramie Racławickiej, pokręciliśmy się wrocławskich pubach, ślizgaliśmy się na zamkniętym lodowisku po Halą Ludową. A ile oni mieli uciechy :)
Powitali z nami naszą koteczkę. Ubawili się gdy robiliśmy popcorn w urządzonku do popcornu:)
Zrobili nam francuskie naleśniki "crêpe" i polecieli do Frankfurtu.

4.03 byliśmy na Comie w WZcie. Śmiesznie było! Najpierw staliśmy w kolejce do wejścia tak długiej, że nie mogliśmy "wejść" z podziwu ile osób i gdzie one się zmieszczą, po kilku minutach gdy dalej staliśmy w tym samym miejscu okazało się że nie jesteśmy już na końcu ale w środku
a kolejka rosła i rosła i zakręcała. Gdy już udało nam się wcisnąć do środka, a dokładniej gdzieś w okolice sceny :) [tylko Przemo wiedział gdzie ona się dokładnie znajduje, ja niestety mogłam tylko się domyślać] i koncert się zaczął - stojący koło mnie człowiek [2metry na 1metr80] troszeczkę się bulwersował, że się na niego pcham ;p na szczęście dla niego nie było go już podczas kolejnego kawałka. I mino Przemowych obiekcji co do tego czy mi się w WZcie spodoba to mi się podobało i to bardzo! I nawet mam pamiątkę pokoncertową! siniaczek długości ok.4 cm na ramieniu!

W między czasie byliśmy jeszcze 3 razy w kinie. Na maratonie w Heliosie [grali 4 filmy z czego 3 były bardzo dobre, a tego 4 jakby nie nakręcili to nic by się nie stało - choć nie wiem dlaczego publiczność za nami sprawiała jakby to właśnie ten ostatni podobał się im najbardziej, no cóż], w Multikinie na "Ciekawym przypadku Benjamina Buttona" który również nam się podobał i odwiedziliśmy Kino Dworcowe -Irański film "3 kobiety w różnym wieku" ludzi było jak na kino dworcowe naprawdę dużo, ale film... mimo że przekazywał dosyć ciekawe treści to był troszkę nudno nakręcony. Mimo wszystko uważam że było warto!

A co do internetu to pojawił się człowiek z łaską i internetem pod pachą wczoraj :) łączymy się póki co na zmianę jednym kablem nawet HP przestał stroić fochy i port w nim działa[?]

24-02-2009

Przerwa techniczna

przepraszamy...

17-02-2009

macie karton?

Pakujemy się.

Tym razem nigdzie nie wyjeżdzamy, a "jedynie" się przeprowadzamy :) dzięki uprzejmości rodziców.
TO pierwsza taka superprzeprowadzka... poprzednia trwała kilka dni i nieswiadomość posiadanych rzeczy istaniała do dzisiejszego dnia.

Wczoraj przewieziono większość szpargałów zupełnie niepotrzebnych w codziennym życiu, dziś zaczęłam pakować resztę.

- 4 nasze ogromne plecaki w tym jeden Natalii :) wypchane do granic możliwosći
- jedna torba podróżna
- 3 kartony które udało mi się dostać w Społem
- drewniana skrzynka po mandarynkach z warzywniaka
- ... coś na styl reklamówki z poduszką i dwumetrowym kocem w środku :)
- 2 małe plecaki
- torba na ramie
- laptop [ten drugi jest w którymś plecaku]

na stole jest jeszcze rzeczy których nie mam pomysłu gdzie zapakować. Wróci Przemo coś pokombinujemy.

10-02-2009

smutek, żal i wszystko na nic

Zawsze jest tyle czasu by wypowiedzieć... jeszcze przecież będzie tyle czasu by pokazać. Jak bardzo się ceni, jak bardzo się kocha...

Pstryk... i nie ma nic.
Świat się wali...




Tego czasu jest tak strasznie mało...

07-02-2009

nie wiem...

05-02-2009

autostopowiczka

A Karolcia zabrała naszą tabliczkę na Puck i wybrała się na bal przebierańców przebrana za... autostopowiczkę:). I zgadnijcie czyje przebranie zostało wybrane najlepszym:)

22-01-2009

zapadając w zimowy sen...

Zima, zima, zima... znowu o zimie. Lubimy śnieg... Kasia trochę bardziej ode mnie. Bo jeśli chodzi o przyjemności, które ta pora roku oferuje - chyba na tym się kończy.

Żeby chociaż ten śnieg był chwilkę dłużej... ;). Na codzień zimno jest, ciemno, szaro... i jakoś tak mało się dzieje.
I tak jakoś melancholijnie z tego powodu.
Odrobinę się tęskni... właściwie trochę za miłym słońcem na twarzy, trochę za drzewami pełnymi liści, za zielenią trawy.
Ale tak bardzo bardzo to chyba za czymś innym...

Za naszym kciukiem na drodze...

...zastanawiając się czym i z kim przyjdzie nam dziś jechać...

...nie wiedząc gdzie dzisiaj się znajdziemy...

...i nie mając pojęcia gdzie przyjdzie nam spać.

Za drogą - gdzieś tam, w nieznane... - po prostu.


I nachodzi tak zimą sentymentalnie, więc siądziemy czasem i pooglądamy zdjęcia... jak widać.
Nawet nie za bardzo jest jak weekendy zagospodarować, bo zimno i w takiej temperaturze nie za bardzo jest jak spać pod namiotem ;) (wliczając w to fakt, że nasz zatopiono w Sofji...) a i łapanie stopa w takiej temperaturze do najprzyjemniejszych nie należy.
Czyli, że taki sen zimowy i byle do wiosny... ale nie jest znowu tak z naszym podróżowaniem też źle...
Jako, że Ryanair lubi sobie od czasu do czasu promocję machnąć, to my za 4 zł sobie polatamy... i w końcu dotrzemy do Sztokholmu!

Fakt, nie jest to równie porywające co kciuk przy drodze, ale zawsze coś ;>.
Ale najpierw taki dłuuugi tydzień przed nami... i smutek. I łzy.
I tęsknota... ostatni raz, tęsknota.