Kasia i Przemo

...iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem - i tak - wiecznie - aż do końca!

Nasza droga...

Posted by Kasia i Przemo On 9/03/2010 12:01:00 AM 5 comments

Nasze wspólne życie nierozerwalnie związane jest z autostopem. Wszystkie najważniejsze, najpiękniejsze momenty naszych wspólnych przeżyć miały miejsce, gdy byliśmy gdzieś w drodze. Nie każdy to wie, ale poznaliśmy się przez... portal autostopem.net. Przemo szukał kogoś, kto postopowałby z nim do Iranu, a Kasia... Kasia odpowiedziała na ogłoszenie. Spotkaliśmy się. aby się poznać, omówić szczegóły, ustalić trasę i tego typu przedwyjazdowe szczególiki. Później znów, znów, znów... aż zaczęliśmy spotykać się dla samego spotykania. Jeszcze nie zdążyliśmy wtedy wyjechać, a już byliśmy parą! Kto by się spodziewał...
Podróżując autostopem, zobaczyliśmy do tej pory... Niemcy, Francję, Hiszpanię, Luksemburg, Czechy, Holandię, Ukrainę, Słowację, Węgry, Austrię, Bośnię i Hercegowinę, Chorwację, Czarnogórę, Kosowo, Grecję, Turcję, Iran, Bułgarię, Serbię, Rumunię, Portugalię, Mołdawię, Szwecję, Gruzję, Armenię... i Indie. Razem - 26 krajów. Przejechaliśmy w ten sposób dziesiątki, a może już setki tysięcy kilometrów i wciąż podróże na stopa czymś nas zaskakują.
Podczas podróży na stopa pierwszy raz powiedzieliśmy sobie "kocham", podczas podróży na stopa pierwszy raz się pocałowaliśmy i podczas podróży na stopa zaręczyliśmy się. W drodze przeżywaliśmy smutki, największe radości i to właśnie z drogi mamy najpiękniejsze wspomnienia. Bo w drodze jest jak w życiu. Bywa lekko, miło i przyjemnie, a czasem dopada zwątpienie, jest ciężko i ma się wszystkiego dość. A po ostatniej sytuacji z aparatem, czuliśmy się jakby nas ktoś przewrócił, skopał i opluł, choć to akurat nie jest autostopowe doświadczenie - ale również z drogi. A my... mimo trudności nie zamienilibyśmy tych chwil siedzenia na plecakach przy drodze za nic! Więc kolejny raz zakładamy na plecy kilkunastokilogramowe plecaki, stoimy czasem godzinami przy drodze, chodzimy niedospani i... jesteśmy szczęśliwi.
I te wszystkie drogi, które wspólnie przemierzamy od ponad dwóch lat, doprowadziły nas do dnia dzisiejszego. Do kolejnego pięknego wydarzenia w naszym życiu, które ma miejsce podczas autostopowej podróży. Do Indii. Do Delhi. Gdzie dziś bierzemy ślub...


zdjęcie z naszego pierwszego wspólnego autostopu :) 16.05.2008

O dwójce takich niesamowitych ludzi...

Posted by Kasia i Przemo On 9/01/2010 08:07:00 PM 1 comments

Przyjechała dzisiaj do nas, do Delhi, para niesamowitych ludzi. Daria i Tomek, którzy będą świadkami na naszym ślubie.
Z Darią i Tomkiem poznaliśmy się przez naszego bloga, na początku 2009 roku. Mieli w planach wyjazd do Iranu i napisali nam na maila kilka pytań związanych z podróżowaniem po tym kraju. Później w końcu pojechali, ale do Turcji... a my śledziliśmy z nieskrywaną ciekawością jak cudownie opisują swoje przeżycia z podróży. I już od wtedy marzyliśmy żeby ich poznać! Po powrocie wyjechali do Anglii i wrócili dopiero w lipcu tego roku, kiedy my wyjeżdżaliśmy do Indii. A co najlepsze, 1,5 miesiąca po nas, również wybrali się do Indii. Spytaliśmy ich, czy zgodziliby się być świadkami na naszym ślubie i wiecie co... oni zmienili wszystkie swoje plany, przejechali w dwa tygodnie z samego, samiutkiego południa Indii do Delhi, tylko dlatego, że my poprosiliśmy ich o bycie naszymi świadkami. I tak naprawdę, obcy ludzie, bo nigdy wcześniej na żywo się nie widzieliśmy (choć z doświadczenia wiemy, że wzajemne czytanie blogów zbliża ludzi do siebie :D) zrobili dla nas coś tak niesamowitego. I jak my mamy im podziękować? Póki co, nie możemy się nagadać i cieszymy się ich obecnością, w końcu. Nie udało nam się spotkać w Polsce, a teraz spotykamy się w Indiach. Strasznie jesteśmy szczęśliwi, że możemy mieć obok siebie takich niesamowitych ludzi! :) I powoli dochodzimy do siebie, po wydarzeniu z pociągu w Varanasi...

a gdzie jest aparat?! o nie!!!!

Posted by Kasia i Przemo On 8/31/2010 05:17:00 PM 4 comments

Stalo sie to, czego obawialismy sie gdzies podskornie od jakiegos czasu, ale nasza ufnosc do ludzi wyniesiona z autostopowych podrozy chyba nas troche zgubila, bo mimo wszystko nie sadzilismy, ze cos takiego moze nam sie przydarzyc w Indiach. A moze jestesmy zbyt naiwni, wierzac w jakis idealny swiat...
Mielismy pociag z Delhi do Varanasi o 19.15. Przyjechalismy ryksza na dworzec, poczekalismy pol godziny i podjechal nasz pociag. Weszlismy do wagonu, odnalezlismy nasze miejsca i zaczelismy wrzucac bagaze na najwyzsze lozko. Poniewaz naszym bagazom po ostatnich zakupach w Varanasi przytylo sie jeszcze bardziej, nielatwo bylo je wstawic na gore. Zdjalem wiec torbe z aparatem i polozylem na siedzeniu 15cm od nas (!) zeby mi nie przeszkadzala, bo lustrzanka lekka tez nie jest i wrzucalem plecaki na gore. Obok nas siedzialo trzech muzulmanow, ktorzy wygladali na pasazerow. Jeden nas zagadal, ze wystaja parasolki i moze uderzyc sie w glowe i w ogole zebysmy przesuneli bagaze. Po tym wszystkim, obrocilismy sie i... Kasia...

- a gdzie jest aparat?! o nie!!!!

Kasia w widocznym szoku, z przerazeniem i trzesacymi sie dlonmi zaczela zagladac we wszystkie zakamarki, a po chwili trzesacym sie glosem pytac innych ludzi czy nie widzieli jak ktos niesie mala czarna torbe... po chwili usiadla i zaczela po prostu plakac. Ja zaczalem ja uspokajac, chociaz i mi zaczelo wirowac w glowie. Wszystkie zdjecia od Rishikesh po Varanasi, bo jak... jakim cudem, przeciez lezal kilka centymetrow od nas... a ktos, tak perfidnie, sprzed nosa... przeciez spuscilismy go z oczu raptem na kilkadziesiac sekund! Wybieglem, chcialem zglosic sprawe policji, ale jak to Kasia okreslila, w Indiach jak ktos sie nie nadaje do pracy w kuchni to idzie do policji. Potrafia tylko gapic sie tepym wzrokiem i... i to wszystko co potrafia. Pan przyszedl, zerknal na kanape, niewiele sobie z tego robiac, pozniej podszlo jeszcze kilku policjantow, ktorych zawolalem ale potrafili powiedziec tylko tyle, ze nie sa w stanie nic zrobic, bo za 2 minuty odjezdza nasz pociag. Nikomu nie zglosili tego dalej, w ogole nic nie zrobili. Nic, kompletnie nic! Ja jeszcze zaczalem biegac po pociagu, bo sam nie wiedzialem co mam ze soba w tej sytuacji zrobic, a gdy wrocilem... 3 muzulmanow, ktorzy mieli byc pasazerami... sie ulotnilo. A pociag ruszyl...
Wyglada na to, ze po prostu jeden nas zagadal, zajal, a dwoch pozostalych robilo co do nich nalezalo. Tak perfidnie, spod nosa, prawie z rak!
I gdy ludzie sie nas pytaja, czy nie boimy sie jezdzic autostopem, odpowiadamy ze pociagi sa bardziej niebezpieczne to dziwnie sie na nas patrza. Tylko, ze przez te wszystkie przejechane dziesiatki tysiecy km nigdy nam nic nie zginelo, a tutaj pojezdzilismy chwile pociagami i... i juz...
Najgorsze, ze nie chodzi tylko o zdjecia, choc i tych jest nam bardzo szkoda. Ale czesc wrzucilismy na szczescie na bloga, wiec mamy troche na pamiatke. Ale ten aparat byl wart prawie 2000zl (2/3 naszego budzetu na 3-miesieczna podroz...), po powrocie mielismy zamiar go sprzedac, zeby miec m.in. na zaplacenie za studia... i co teraz? Czym teraz zaplacimy...? Teraz... to chyba jak ktos ma do przekazania jakis 1% podatku, wyplaty czy czegos takiego, to to jest nasz nr konta: 76 1910 1048 2944 0298 6003 0001. Dzieki ;).
I tak nam zle teraz... z tym co sie wydarzylo. Ale nie potrafimy winic Indii... moglo sie to zdarzyc w kazdym innym kraju, nawet w Polsce. Ale to takie uczucie, jakby ktos w chwili twojej najwiekszej radosci podbiegl i uderzyl cie w twarz. Tak sie czujemy. Cala noc w pociagu nie moglismy spac. No ale... to jeszcze nie koniec naszej podrozy. Za 3 dni bierzemy slub. Staramy sie myslec pozytywnie i nie zalamywac sie, choc nie jest to teraz proste. Zobaczymy...
Pierwszy raz w zyciu ktos mnie okradl. I to jeszcze z aparatu... z naszych wspolnych zdjec...

800km w dol Gangesu

Posted by Kasia i Przemo On 8/29/2010 12:41:00 PM 1 comments

Bez zadnych szczegolnych przygod, sleeperem w 13 godzin dojechalismy z Haridwar do Varanasi. W pierwszej chwili nienawidzilismy tego miasta. Za goraco, za glosno... i tak natretnych Hindusow to nie bylo chyba nigdzie! Znalezlismy hotel za 265rs, przyjemny, czysty, mily i wyszlismy na miasto z nadzieja, ze to tylko plecaki wprawialy nas w takie, hmm.. niezadowolenie? :D (delikatnie mowiac, rodzice bloga czytaja). Zdezorientowalismy sie pierwszego dnia w tych wszystkich klaustrofobicznych labiryntach ulic, gwizdalismy tak samo na kierowcow jak oni trabili na nas i mielismy serdecznie Varanasi dosc. Z trudno wytlumaczalnym niesmakiem i smutna perspektywa spedzenia tutaj kolejnych dwoch dni poszlismy spac.
Rano wstalismy wypoczeci, wyszlismy i... coz za piekne miasto! :D Niesamowite waskie uliczki, mili sprzedawcy, pomocni ludzie... i nawet jakby chlodniej troche :). Cudownie spaceruje sie wsrod t ych wszystkich zakamarkow, najwiekszych na swiecie krow, od jednego do kolejnego ghatu (schody do Gangesu). Kazde miasto odkrywa przed nami kolejne niesamowite smaki... jedynie herbata w kazdym miescie jest podobna, zazwyczaj cudownie aromatyczna. Pilismy sok z kokosa przez rurke, zajadamy sie samosami i odkrylismy cos przepysznego, czego albo wczesniej nie bylo, albo nie zwrocilismy na to uwagi. Na ulicy mozna kupic cos, co nosi nazwe "onion pakora". Popularna przekąska w kuchni indyjskiej, zwłaszcza na południu Indii. Kawałki warzyw zanurza się w cieście z besanu i smaży w głębokim oleju. Tradycyjnie pakory są spożywane z herbatą jako przekąska, ale niektóre restauracje podają je również jako przystawkę przed głównym daniem (zrodlo: Wikipedia). Po prostu: cudo! Na bazarze poczestowali nas tez czyms, co nazwali "small coconut" (malutki kokos). Wielkosci i koloru niedojrzalej czeresni, o smaku cytryny... conajmniej zaskakujace. Kasi smakowalo, dla mnie zbyt kwasne :). I tutaj maja cos, co czyni herbate wyjatkowa. Sprzedawana jest na ulicy, nie z plastikowych lub szklanych szklaneczej, ale z glinianych miseczek. Mamy plan, zeby takie przytargac do Polski... w Kasi plecaku oczywiscie ;). Zrobilismy sobie tez tutaj troche hurtowych zakupow :D (takie tam rozne).

Varanasi jest swietym miastem, do ktorego ludzie przyjezdzaja po to zeby umrzec.
Dla Hindusow najwiekszym marzeniem jest, aby tutaj ich skremowano i ich prochy zostaly wrzucone do swietej rzeki wlasnie tutaj - w Varanasi. Mieszkamy niedaleko ghatu, na ktorym pali sie ciala (jakies 100m), wiec co chwile przechodza kolo naszego hotelu ludzie niosacy ciala zmarlych, przystrojone na kolorowo i wykrzykuja w Hindi mantre, ktorej niestety nie rozumiemy. Niesamowitym wrazeniem jest byc tak blisko smierci, w miejscu gdzie jest ona na porzadku dziennym, nie jest tematem tabu, a pracownik czegos, co nawet latwiej nazwac stosem niz krematorium zaprasza nas do podgladania jego pracy (nie zdecydowalismy sie). Wieczorami, po zachodzie slonca, na glownym ghacie (Dasaswamedth ghat) odbywa sie ceremonia, z ktorej kilka zdjec zamiescimy nizej.

Jeszcze dzis i kawalek jutra w Varanasi, a o 19.15 mamy pociag do Delhi. Za niecaly tydzien nasz slub! :)

wege smaki :)

Posted by Kasia i Przemo On 8/25/2010 06:10:00 PM 2 comments

Robimy sobie ostatnio wakacje. Ciagle. Nalezy sie nam, w koncu to nasza slubna podroz :).
Dzis mijaja 3 tygodnie i 1 dzien. W Indiach czas nam leci inaczej. Szybciej. Droga do Iranu dluzyla sie nam, 7 dni w Iranie minelo normalnym tempem, a Indie...?
Dotychczas nigdy nie zatrzymywalismy sie w jednym miejscu na dluzej niz 3, czasem 4 dni. Tutaj wszystko sie zmienilo...
Najpierw Delhi - 5 dni. Co nas samych niezmiernie zaskoczylo. Nastepnie Mcleod Ganj (Amritsar pominiemy, ze wzgledu na to, ze kiepski mielismy ze wzgledu na stan zdrowia odbior), ponad tydzien. Teraz jestesmy w Rishikesh piaty dzien. I leniwie spedzamy tutaj czas... jak nigdy! Przesiadujemy w klimatycznych (nie mylic z klimatyzowanymi! :D) knajpkach na herbacie i kosztujac te wszystkie niesamowite wege smaki (swietne okreslenie zapozyczone z bloga Darii i Tomka :D)... chyba dlatego tak leniwie i tak dlugo nam w tych miastach schodzi czas... ;).
Ranki (po 12:00, czasem 14:00) zaczynamy kokosem i kilogramem guawy. Gdy wychodzimy na spacer kupujemy po dwie kolby kukurydzy - takie pieczone w ognisku, miedzy drewnem i popiolem, z limonka i sola. Siadamy na schodach prowadzacych do Gangesu i pan przynosi nam czaj z imbirem. Idziemy dalej... w sumie to tylko kilka krokow dalej :)... i znow siadamy, tym razem na laweczke przy wozku, z ktorego sprzedaje sie dall z czterema chapati za 10rs. Kupujemy od razu kilka chapatek na kolacje. Te tutaj, sa pieczone na naszych oczach i tak fantastycznie puchna gdy mlody chlopak trzyma je nad ogniem, a podrzucajac obraca je na druga strone. Pyszne maja tu wege smaki... a my, to zalezy po ktorej stronie rzeczki jestesmy. Czasem jest to najprostsza wersja Thali (ryz, dall, duszone warzywa, pikle i chapatki), czasem Dosa (cienki, ale chrupiacy nalesnik wielkosci ogromnego taleza, nafaszerowany ziemniakami, cebula, pomidorami, serem i czym dusza zapragnie), a czasem ryz... rowniez z czym tylko sie zamarzy ;). Przechodzimy dalej. Kupujemy po jogurcie na kolacje (robi dobrze na trawienie :D) i znow siadamy (ktory to juz raz?) na herbacie z widokiem na most linowy przebiegajacy nad Gangesem. Na kolacje kupujemy kokosa i guawe, bo nimi zaczynamy i konczymy dzien. Jeszcze wstepujemy przed snem na herbate, do najlepszej knajpki w jakiej kiedykolwiek bylismy. Wyglada jak bambusowy szalas na plazy, a z okna widac Ganges. Siedzimy, lub lezymy na poduchach, na ziemii i pijemy mietowo-cytrynowa herbate... jest przepyszna! I tak... leniwie... mija nam dzien ;). W miedzyczasie wchodzimy do sklepikow z ubraniami, Przemo ma juz caly stroj na slub, a dla mnie wciaz szukamy. Jak jest jakas ladna, najadajaca sie kurta, to niestety ma jakis defekt... albo kosztuje za duzo. A juz jutro mamy pociag do Varanasi, z Haridwaru. Najpierw wiec musimy sie dostac tam, a nastepnie cala noc sleeperem do Varanasi.
Zdjec poki co nie ma, bo laptop stawia opor. W ogole... najpierw w Turcji spadl nam aparat, pozniej kupilismy drugi w Tbilisi, zeby zostawic go w Iranie. I tak juz nie krecimy od Iranu filmow :(. Pozniej zepsul nam sie jeden telefon, a teraz szwankuje laptop. W ogole... masakra!
No nic. Pozdrawiamy... i do nastepnego, z Varanasi:).

Rishikesh

Posted by Kasia i Przemo On 8/23/2010 11:57:00 AM 1 comments

Późnym popołudniem zjedliśmy nasze ostatnie tybetańskie momosy i poszliśmy z Mcleod Ganj w dół, do Dharamsali (pół godziny drogi, 4km, 500m w dół). Kupilismy bilety na nasz "ordinary bus" (najtańszy) i z zaskakującą punktualnością, o 21:00 wyjechaliśmy w stronę Dehra Dun.
Co chwilę zatrzymywaliśmy się, żeby albo kogoś wyrzucić, albo zabrać. Prawie jak w autobusie miejskim. Kasi to jednak nie przeszkadzało, bo przespała prawie całą drogę, a ja podczas podróży przez góry przyglądałem się, jak przebiegają nam przez drogę wszystkie rodzaje zwierząt...
Po ciężkiej nocy i 14h dotarliśmy o 11:00 do Dehra Dun. Naszym celem był co prawda Rishikesh, ale przeczytaliśmy gdzieś, że warto też zatrzymać się na 1 dzień w Dehra Dun. Niczego atrakcyjnego to miasto na pierwszy rzut oka nie stanowiło, ale stwierdziliśmy, że jak uda nam się znaleźć jakiś sensowny hotel to zostaniemy.
Nie zostaliśmy. Nie wiemy co jest z Dehra Dun, że ceny hoteli są tutaj takie astronomiczne. I w ogóle, za co te ceny? Weszliśmy do pierwszego hotelu. Miał tak obskurne i odrzucające pokoje, że dobrze musielibyśmy się zastanowić, żeby zostać tam za 100rs. Pan zaśpiewał nam... 500rs (!), my zaśmialiśmy mu się w twarz i wyszliśmy. Później weszliśmy jeszcze do dziesięciu, ale albo sytuacja się powtarzała, albo ceny były w ogóle tak wysokie, że nawet nie zaglądaliśmy dalej niż do recepcji. Wróciliśmy na dworzec i pojechaliśmy do Rishikesh.
Świetna to była decyzja, bo w Rishikesh... jest pięknie, klimatycznie i przyjemnie. Jedynie brakuje nam restauracji u Tybetanki... no cóż ;).
Rishikesh jest świętym miastem, położonym nad świętą rzeką Ganges. Nazywane światową stolicą jogi. Wszędzie pełno jest szyldów reklamujących zajęcia z jogi, praktyki medytacyjne czy ajuwerdyczne masaże. I wcale nie pada mniej niż w Mcleod Ganj ;).
Tutaj przyjemny hotel w samym centrum Lakshman Jhula (jedna z dwóch centralnych i najbardziej aktywnych części Rishikesh) znalazł nas sam (200rs). Rishikesh jest oazą duchowych doznań. Ashram stoi tutaj na ashramie. Chcieliśmy się zatrzymać w Vishwaguru - międzynarodowym instytucie jogi i medytacji. Przeczystaliśmy gdzieś w internecie, że można zostać za 100rs, a do tego można za darmo uczestniczyć w sesjach medytacyjnych i zajęciach z jogi. Jak się jednak okazało gdy dotarliśmy na miejsce, pokoje to 250, nie 100rs i zajęcia wcale nie są darmowe. Póki co jesteśmy więc wciąż w tym samym hotelu i rozglądamy się za czymś dla siebie. Spacerujemy, robimy zdjęcia, szukamy ciuchów na ślub :), pijemy ajuwerdyczną herbatę, delektujemy się wegetariańskim jedzeniem (bo tutaj, szczególnie w Rishikesh - tylko wege!) i kokosami.
Dużo tu pada. Ganges sunie jak szalony, a poziom wody jest podniesiony niemało. Nie dane nam więc było jeszcze zobaczyć wieczornych płomyków płynących po Gangesie, nie pływają też po nim żadne łódki. Z lekkim niepokojem rozmawialiśmy o tym ze sprzedawcą ze sklepu obok. Zaskoczony spytał... ale jaki problem? Przecież nic się nie dzieje. No tak, ale poziom wody jest bardzo wysoki. No ale to co? Przecież nie ma powodzi, o co nam chodzi. Może ci ludzie co mieszkają przy samej rzece mogą mieć problem, ale tak, to nic się nie dzieje. W Polsce, gdyby poziom wody był tak wysoki, ludzie i wojsko pracowaliby przy workach z piaskiem dniem i nocą. A tutaj... chyba już przywyknięto do corocznego wysokiego poziomu wody.







Tea Time

Posted by Kasia i Przemo On 8/18/2010 02:59:00 PM 6 comments

Mcleod Ganj idealnym się okazuje na taką chwilę oddechu, po ponad miesiącu w podróży. Potrzebowaliśmy kilku takich dni odpoczynku, żeby znów mieć siłę na Indie. Szczególnie, że delikatnie się pochorowaliśmy. Tutaj śpimy do późna, czytamy książki, słuchamy muzyki, nie męczy nas upał, spacerujemy w chmurach wyśnionych krajobrazów i wstępujemy na herbatę do lokalnych restauracyjek. Jesteśmy tutaj już tyle, że mamy nawet swoją ulubioną, z pięcioma stolikami, tak samo z resztą jak miejsce na drugim końcu Mcleod Ganj, gdzie Tybetanki sprzedają najlepsze momosy. No i jesteśmy sami. Brakowało nam czasu tylko dla siebie. Nie jesteśmy zupełnych samotników, ale podczas jazdy na stopa i spania przez couchsurfing, ciągle otaczają nas inni ludzie. Niesamowitym jest poznawać nowych ludzi, ich życie, kulturę i punkt widzenia, ale w pewnym momencie poczuliśmy, że potrzebujemy zostać sami. W końcu mamy taką możliwość.
Mcleod Ganj ma jeden minus. Są tu wszystkie rodzaje ciuchów (i nie tylko ciuchów) jakie przyjezdny mógłby sobie zażyczyć, ale w cenach adekwatnych do ilości turystów (sami biali). Choć i my nie potrafimy chwilami się oprzeć gdy ceny są do zaakceptowania (torebka, portfel).
Zmieniliśmy hotel, na co prawda trochę droższy (ze 100 na 250rs za pokój), ale z kontaktami (u nas naokrągło coś się musi ładować) i ciepłym prysznicem. Do tego tutaj nie śmierdzi wilgocią, przez okno wpada masa naturalnego światła, a na łóżku leżą miękkie i czyste materace. W naszym poprzednim łóżka były tak twarde, że bolały nas wszystkie kości i stwierdziliśmy, że bezpiecznie będzie używać właśnych prześcieradeł. Do tego pani co chwilę pytała czy już będziemy wyjeżdżać, a i słyszeliśmy jak zwraca komuś uwagę, że zużywa za dużo wody (na co Pan: "ale ja tylko raz się kąpałem!"). No i w końcu się przenieśliśmy.
Odwiedzimy jeszcze kilka miejsc leżących nieopodal Mcleod Ganj i będziemy się zbierać do Rishikesh. Musimy się jeszcze tylko dowiedzieć, kiedy najpóźniej powinniśmy dostarczyć do ambasady resztę niezbędnych dokumentów. Jeśli wszystko będzie szło po naszej myśli to po Rishikesh jechać będziemy na wschód do Varanasi.
A póki co - pozdrawiamy! Ciągle z chmur... :)

Ps. dziś znaleźliśmy drugą parasolkę:) zbawienne, bo Mcleod Ganj jest miejscem na tym świecie, w którym pada naokrągło...

I standardowo przepraszamy za jakość pomniejszanych i kompresowanych zdjęć w paincie... ale dzięki temu są małe i jest jakakolwiek możliwość umieszczenia ich w internecie na tutejszych łączach.

Z głową w chmurach

Posted by Kasia i Przemo On 8/15/2010 07:19:00 AM 2 comments

W środę, ledwo podnieśliślmy się z łóżka i zlani potem, chwiejnym krokiem na tabletkach przeciwgorączkowych wyczłapaliśmy się z hotelu. Szybko wskoczyliśmy na rykszę i za 30 rupii dojechaliśmy na dworzec autobusowy. Znaleźliśmy z pomocą kilku ludzi nasz peron (24) i pacnęliśmy się na ławkę obok - jak się okazało po chwili z nimi rozmowy - Południowych Koreańczyków. Autobus do Dharamsali miał zjawić się za godzinę, podczas której zeszło się jeszcze kilkunastu białych i 3 razy tyle kolejnych Koreańczyków, z których każdy jeden mieszkał w tym samym hotelu co my. Chętnych do autobusu wyglądało na więcej, iż byłby w stanie pomieścić autobus, więc stwierdziliśmy, że ja się zajmę plecakami, a Kasia zwinnie bez plecaków zajmie nam miejsca. Gdy autobus zaczął podjeżdżać, wcisnąć się chcieli do niego wszyscy na raz, aż się zblokowało i przez chwilę nie mógł wejść nikt :), ale Kasia dostała się do środka, a na dodatek spontanicznie wrzuciliśmy bagaże przez okno, żeby i dla nich nie zabrakło miejsca, a ja później tylko wszedłem i spokojnie sobie usiadłem na zajętym miejscu. Wyglądało to mniej więcej tak jak zajmowanie miejsc w polskich pociągach za starych czasów :), a my ze swoimi spontanicznymi pomysłami, mimo iż pierwszy raz w Indiach autobusem wyglądaliśmy chyba na najbardziej zorganizowanych, a zupełnie tak nie było :).
Autobusy to miał być folklor, kury pod siedzeniami, lokalni ludzie, muzyka... a jechaliśmy autobusem, którego pasażerowie składali się w 3/4 z Koreańczyków, 1/4 białych, hinduskiego kierowcy, konduktora oraz 4 lokalnych ludzi, którzy wymieniali się co wioskę...
Droga była dramatyczna, bo do Dharamsali jechać mieliśmy 6 godzin (12-18), a jechaliśmy 9 i to z opóźnieniem (13-22:00). Całą drogę miałem gorączkę, więc z tego punktu widzenia folklor indyjskiej drogi staje się chwilami nie do zniesienia. Jak kierowca używa klaksonu mijając każdy pojazd, każdego człowieka na poboczu, zamiast kierunkowskazu, albo gdy wyprzedza przez zakrętem żeby ewentualne auto z naprzeciwka słyszało, że jedzie (!), a klakson w środku głośniejszy jest niż na zewnątrz to ma się ochotę podejść i autentycznie strzelić kierowcę w łeb. A naprawdę źle się robi, kiedy kierowca sam nie wie dokąd jedzie i zamiast w prawo, skręca w lewo. Dopiero po chwili uświadomiony przez osobę trzecią zawraca, by za chwilę pojechać drogą dla aut nieco niższych od autobusu, przywala dachem (na szczęście zwolnił do 5km/h) w blaszaną bramę (miernik wysokości przed wjazdem do tunelu) i znów zawraca, a Ty akurat masz gorączkę, to...
Ale dojechaliśmy w końcu do Dharamsali, przez lokalne wioski, miasteczka, piękne zielone widoki i ogromne krzaczory oficjalnie nielegalnej w Indiach marihuany.
Szczerze mówiąc po wyjściu z autobusu ledwo stałem na nogach, ale zgadaliśmy się z parą Koreańczyków i wzięliśmy dzieloną taksówkę do Mcleod Ganj (4km skrótem taksówkowym, 500m wyżej niż Dharamsala, czyli ok. 1700m n.p.m.), bo jedyna była to opcja dojazdu o tej godzinie do wioski, sporo wydaje się nam przepłacając, bo zapłaciliśmy w sumie z Koreańczykami 200rs (w LP jest napisane, że 130).
Wysiedliśmy w Mcleod Ganj i weszliśmy do pierwszego spotkanego hotelu pół godziny przed zamknięciem. Na szczęście okazało się, że jest wolny pokój, bez łazienki i to za 100rs (2$). Wychodzi po dolara za osobę :). Czysty, prosty, schludny. Jak za stówkę to rewelacja. Ostatkiem sił położyliśmy się, wziąłem jeszcze dwa paracetamole... i od tego momentu jest już tylko lepiej :).
Zdecydowaliśmy, że Kasia z samego rana pójdzie szukać apteki z czymś na gardło, bo po stanie gardła i prawie już niemożliwości mówienia zdiagnozowałem sobie anginę. Amrisatr - pot, wiatrak, pot, wiatrak... proszę bardzo. W ulewnym deszczu znalazła tylko tabletki (cukierki) na kaszel, przemaczając 3/4 swoich ciuchów i podobno nieprzemakalną kurtkę (suszą się do dzisiaj!). Później znalazła aptekę, w której u wyjątkowo - jak na Indie - kompetentnego Pana udało się kupić antybiotyki na anginę (tak, w Indiach można sobie kupić antybiotyki bez żadnej recepty) za 200rs. Innego hotelu nie znaleźliśmy do dzisiaj, bo wszystkie są albo za drogie, albo nie ma wolnych miejsc. Ten też jest przyjemny, ale nie ma w pokoju kontaktu, więc nie możemy sobie nic naładować, a w 20 stopniach miły byłby również jakiś ciepły prysznic, a tu jest tylko zimna woda. Tyle, że cena 350rs trochę nas przerasta, a i tak jak się okazuje za 500rs to się tutaj na codzień poprostu nie da i spływa nam więcej... więc nie wiemy jak to później będzie :).
Stwierdziłem, że czas się wyleczyć i pierwszy dzień w Mcleod Ganj przeleżałem cały w łóżku, a Kasia się mną opiekowała :), tj. szukała innych hoteli, przynosiła obiad, jogurt na osłonę przez antybiotykami, grała ze mną w państwa miasta żebym się nie nudził :D i w ogóle najlepsza żona na świecie :). Drugiego dnia popołudniu dałem wyciągnąć się na internet i herbatę, ale że w kawiarni był full, poszliśmy na spacer po miasteczku, a na herbatę wstąpiliśmy w drodze powrotnej. Od wejścia ktoś nam się wyraźnie przyglądał, a po chwili okazało się, że są to dwie polki... tak zaczęliśmy rozmawiać, że po chwili się do nich przysiedliśmy i rozmawialiśmy, rozmawialiśmy, rozmawialiśmy... :). Okazały się tak fajne, że później poszliśmy jeszcze do innej kawiarni na kawę, pospacerowaliśmy, poznaliśmy oprócz Marty i Gosi, Marka, który również z nimi podróżuje i umówiliśmy się, że spotkamy się kolejnego dnia rano.
Tak też się stało i spędziliśmy wczoraj razem cały dzień. Strasznie się cieszymy z tego spotkania, bo strasznie niesamowici są to ludzie i bardzo fajnie spędza nam się razem tutaj czas. A Mcleod Ganj jest niesamowite! Po pierwsze ma niesamowity klimat, bo żyje się tutaj... w chmurach. Jesteśmy na wysokości chmur i niesamowitej magii nadają całemu temu tybetańskiemu miejscu. Jest pochmurno, więc widoczność chwilami sięga kilkunastu metrów, ale ma to swój urok. W całym mieście są ciuchy, o jakich właśnie marzyliśmy jadąc do Indii... i wiecie co? Na każdym z tych ciuchów jest metka... "made in Nepal" :). Tylko ceny za te ciuchy i pamiątki mają trochę nietego, ale to może w Nepalu w takim razie. Dziś znów spędzimy dzień z poznanymi Polakami :), a od jutra będziemy eksplorować okolice Mcleod Ganj. Narazie nie mamy w planach stąd wyjeżdżać, bo na myśl o temperaturze w "prawdziwych Indiach" przewraca nam się w żołądkach... poza tym tutaj jest czysto i nie śmierdzi ;).

Przepraszamy za jakość zdjęć, ale są pomniejszane i kompresowane w paincie, żeby jakkolwiek dało się je wrzucić.